-Podaj! - krzyknął Matt, a ja wykonałam błyskawiczny zwód, omijając swojego przeciwnika i podając mu kozłem piłkę. Chłopak wybił się wysoko w górę i wykonał idealny wsad do kosza. - Świetnie, mała - pochwalił pochodząc do mnie i całując w czoło.
Znam Matta dokładnie tydzień i wiem o nim praktycznie wszystko. Poczynając od wyglądu jego pokoju, przechodząc przez ulubione filmy i gry, aż po kolor bokserek, jakie dziś na sobie ma.
Ma czerwone.
-Dzięki, duży - zaśmiałam się i szturchnęłam go w ramie, na co skrzywił się z udawanym bólem i poczochrał mi włosy.
Matt jest świetnym chłopakiem. Nie mówię tak tylko dla tego, że jesteśmy podobni jak dwie krople wody. Ma cudowny charakter, chociaż większość dziewczyn uznałoby go za zimnego i zdystansowanego. W rzeczywistości to ciepły i miły człowiek, który potrafi podnieść na duchu, jest otwarty na nowe znajomości i właściwie jemu zawdzięczam to, że po dziewięciu dniach w nowym otoczeniu mam już sporą gromadkę znajomych i nie nudzę się wieczorami przed telewizorem.
Nie jest romantykiem, w żadnym razie. Nie próbował mnie zaprosić na spotkanie "tylko we dwoje". Jesteśmy bardzo dobrymi kumplami, można by powiedzieć, że nawet przyjaciółmi.
-Ann! Uważaj!
A tak. Jedyną jego wadą jest to, że każe mi "uważać" kilka sekund za późno.
Nie zdążyłam nawet się obrócić, a stukilogramowa bestia leżała na mnie i wierzgała na wszystkie strony, klnąc głośno. Mogłam przysiąc, że słyszałam trzask swoich żeber. Tyłek i plecy bolały mnie niemiłosiernie, podobnie jak głowa, a ten debil darł mi się do ucha na cały głos!
Grę przerwano, a ogromny, ciemnoskóry mężczyzna zszedł ze mnie, wściekle przy tym sapiąc.
-Po jaką cholerę bierzecie do drużyny taką beznadziejną małolatę?! Pieprzona suka nawet nie umie biegać! - darł się, gdy Rose próbował bezskutecznie podnieść mnie z ziemi i doprowadzić do porządku.
Kiedy w końcu mogłam stanąć na własnych nogach, nie pomagając sobie ramieniem przyjaciela, powoli podeszłam do faceta, z którym się zderzyłam.
-Przepraszam, że pana ego ucierpiało przy upadku na mnie, ale pragnę przypomnieć, że do kurwy nędzy, to pan powinien wyminąć przeciwnika, który pana atakuje, a nie go taranować!
-Więc sądzisz, że nie znam się na koszykówce, gówniaro?
Przysięgam, mało brakowało, a przez jego "groźną" minę wybuchnęłabym ze śmiechu. Wyglądał jak rozjechany kot.
-Nic takiego nie mówiłam - odpowiedziałam ze stoickim spokojem, patrząc w jego wyłupiaste oczy. - To pan to powiedział, nie ja. W każdym razie uważam, że pana złość jest nieuzasadniona.
Stąpasz po cienkim lodzie, Ann.
-Jeśli jesteś taka cwana, zmierzmy się jeden na jeden. Zobaczymy, czy twoja teoria przekłada się na grę.- mruknął wyraźnie.. hm, wkurwiony, bo wkurzony i zdenerwowany to zbyt delikatne określenia.
Zamiast odpowiadać, wzięłam do ręki piłkę i pomaszerowałam do środka boiska. Sędzia, którym był na całe szczęście chłopak, który nie grał w żadnej drużynie, wyrzucił piłkę w górę.
Zanim mój przeciwnik wybił ją w swoją stronę, zdążyłam pomyśleć tylko, że czeka mnie bardzo ciężkie starcie.
Piłka poszybowała na połowę murzyna. Wyminęłam go, zanim zdążył się obrócić i przejęłam ją. wykorzystałam moją dobrą pozycję, wykonałam dwutakt, a następnie dokładny wsad.
Po jego minie mogłam zgadnąć, że nie spodziewał się tego.
-Miałaś szczęście, młoda.
Och, jakżeby inaczej.
-W takim razie zobaczmy, ile szczęścia będę miała następnym razem - uśmiechnęłam się prowokująco, podając mu szybko piłkę. Złapał ją, ustawił się za linią boiska i podał do mnie, abym mu ją odrzuciła. Zrobiłam to.
Czy pan wspaniały zapomniał, że nie gramy w siatkówkę?
Piłka odbiła się od jego dłoni i poszybowała z moją stronę, podobnie jak ta wielka bestia. Nie było czasu na popisy. Złapałam piłkę stojąc krok za połową boiska i z całej siły rzuciłam ją w stronę kosza.
Trafiłam.
5:0 dla mnie, cieciu.
-Widocznie dzisiaj mam dobry dzień - zaśmiałam się do faceta i czekałam na kolejne rozegranie akcji.
-Głupi ma zawsze szczęście - stwierdził. - Orientuj się, młoda.
-Chłopaki, pijemy! - wrzasnął na cały głos Dylan, najstarszy z drużyny.
Dylan miał 29 lat, a był chyba najbardziej roztrzepany z nas wszystkich. Jego ulubionym zajęciem było imprezowanie i z tego co wiem, romanse ze wszystkim co tylko się rusza.
-Nie dzisiaj Dy. Jutro - zaśmiał się Matt, który od dobrych pięciu minut trzymał moje zwłoki na kolanach i starał się mnie nie uszkodzić.
Co prawda, udało mi się wgrać, ale szczęścia miało w tym wielki udział. Ta bestia staranowała mnie jeszcze kilka razy, wepchnęła w siatkę i walnęła z pięści w plecy, gdy próbowałam obejść ją zwodem.
"Przypadkiem!" - tłumaczył.
Gówno prawda.
-Czemu nie dzisiaj? - Dylan, którego nazwisko do tej pory nie było mi znane, bo jak stwierdził, nie jest mi do niczego potrzebne, spojrzał na Matta pytająco.
-Chcesz zbierać części jej ciała po całym LA? - zapytał i powoli wstał, biorąc mnie na tak zwaną "pannę młodą", po czym powoli przykucną i postawił moje nogi na ziemi.
Wstałam, chociaż nie bez problemu i oparłam o jego ramię.
Mogłabym nawet zdechnąć, byleby on mnie wtedy tulił.
-To jaki plan na jutro? - dociekał Dy.
-Plaża, jako nagroda dla naszego małego terminatora, a później spacer i ewentualnie jakieś piwo - zaproponowała moja podpórka, a ja uśmiechnęłam się blado.
Nie byłam jeszcze na tutejszej plaży, chociaż jest ona chyba drugą atrakcją Miasta Aniołów, zaraz po wzgórzu Hollywood. Mogłam zgadywać, że jest tam tłoczno i gorąco.
-Nam pasuje- zakrzyknęli wszyscy, chociaż i tak widać było po nich, że woleliby jutro pić cały dzień.
Zauważyłam, że żaden z nich oprócz Matta, z którym rozmawiałam już chyba na wszystkie możliwe tematy, nie jest ani odrobinę zboczony. To romantycy. Pieprzeni romantycy.
Oprócz Rose'a. On jest moim małym zboczuchem.
-Okej. W takim razie, jesteśmy umówieni. Macie szczęście, że jutro sobota i nie muszę iść do pracy - zaśmiał się Dy i poklepał mnie po pełnym sińców ramieniu. Uśmiechnęłam się do niego. - Byłaś świetna, Annie. Będą z ciebie ludzie.
-Dzięki, Dylan.
Mężczyzna odwzajemnił uśmiech i pogłaskał mnie po głowie jak psa.
Tfu, sukę.
-Kończymy na dzisiaj - stwierdził, kierując wzrok na Jamesa i Bruce'a, dziewiętnastoletnich bliźniaków, którzy przy linii boiska ćwiczyli zwody.
Lubiłam tych dwóch debili. Byli pozytywnie zakręceni, chociaż wyglądali na.. poukładanych.
-Okej. To chłopaki, ja lecę - zakomunikowałam i powoli oderwałam się od mojej cudownej, idealnej, przystojnej podpórki i rozejrzałam.
Przy ogrodzeniu zebrała się mała grupka gapiów. Cóż, widocznie nieczęsto mierzą się tu czarnoskóry wielkolud i drobna dziewczyna z Europy.
Widocznie to bardzo ciekawe.
Intrygujące.
-Annie, czekaj. Odprowadzę cię - zaoferował się mój przyjaciel. Tak, Matty jest przyjacielem. Jestem tego pewna.
-Nie trzeba - zaoponowałam, przytulając go na do widzenia. - Zobaczymy się jutro.
-Wpadnę po ciebie przed południem.
Ta. Dzień Rose'a wygląda trochę inaczej. Można to łatwo wywnioskować, że ten mecz mieliśmy grać dziś po południu.A jest dziewiąta.
Wieczorem.
-Albo wiesz co? Zadzwoń do mnie, jak będziesz gotowa - pogłaskał mnie po plecach, okrytych czarną koszulką bez rękawów.
-Tak chyba będzie lepiej- zaśmiałam się i powoli od niego odsunęłam, zmierzając w stronę wyjścia z boiska. Po drodze zgarnęłam z ławki granatową bluzę Matta, którą zabrał tylko ze względu na mnie. Dobrze wie, że ją lubię. I że jej już nie odzyska.
Założyłam ciepłą bluzę na siebie, zdając sobie przy tym sprawę, że z tyłu wyglądam dokładnie tak, jakbym nie miała na sobie spodni i wyszłam z boiska do koszykówki. Powoli skierowałam się w stronę jednej z alejek, prowadzących do ulicy, niesiona zdziwionymi spojrzeniami ludzi.
Pewnie rzadko kiedy właśnie ta drobna dziewczyna ogrywa giganta 43:7 w dziesięć minut.
Przeszłam może kilkadziesiąt metrów, pogrążona w rozmyślaniach, kiedy poczułam, jak czyjaś dłoń, z całą pewnością męska, powoli oplata moje ramie.
Odwróciłam się, myśląc, że właścicielem owej dłoni jest Matt, albo Dylan, który, jak się okazało podczas jednej z moich wypraw do sklepu, mieszka ćwierć mili na wschód ode mnie, jednak zwykle chodzi tą samą drogą.
Myliłam się.
Znowu.
Chyba mam deja vu.
Bo, właściwie, po co Pan Okrągła Dupa miałby mnie zaczepiać na ulicy, w dodatku będąc trzeźwym? Miałam się o tym przekonać za chwilę. Ale nie mogłam nawet przypuszczać, że zatrzymał mnie po to, aby.. przeprosić.
-Ann...- zaczął nieśmiało. Pamięta moje imię, czuję się zaszczycona! - Słuchaj, chciałem cię przeprosić za to tydzień temu..
Cud! Ludzie, cud! Pamięta coś z tamtej nocy! No kurde, cud!
-Zachowałem się jak idiota.
-Nie, wcale nie!- prychnęłam i przestąpiłam z nogi na nogę, patrząc na niego wyczekująco.
Andy nerwowo wziął oddech i spojrzał na mnie smutno i bezradnie. Po alkoholu był bardziej wyszczekany.
-Głupio mi. Zwykle nie składam dziewczynom takich propozycji po kilku godzinach znajomości - wyznał, a jego uściska na moim ramieniu zelżał. - Wiesz, jesteś ładna i trochę działasz na facetów.
Och. Komplementy. Cudownie.
-Jasne. Rozumiem, po alkoholu może odwalać. Nie wiedziałeś co robisz. Nic się nie stało, tak? Po prostu, zapomnij, niech sumienie cię już nie męczy - o ile je masz, ty płaskodupa istoto.
-Serio mi wybaczasz?
Nie.
-Nie ma o czym mówić - zapewniłam, chociaż w rzeczywistości czułam do niego niechęć. Ogromną niechęć, która bardzo powoli przeradzała się w coś gorszego.
-To dobrze. Bałem się, że będziesz chciała ochrzanić mnie, jak ostatnio.
Bo chcę.
-Też za tamto przepraszam. Poniosło mnie. Byłam zdenerwowana, bo wcześniej się zgubiłam i na tobie wyładowałam złość. Ale ty chyba też mi wybaczysz?
-Nie mógłbym się gniewać na taką ślicznotkę - puścił mi oczko.
-Przestań- nakazałam. - Bo się zarumienię.
Ze złości.
-Wyglądałabyś uroczo - mruknął pod nosem i uśmiechnął się.
Miał ładny uśmiech. Wiem, co widzą w nim dziewczyny. Po prostu wygląda z nim tak normalnie. Nie jak gwiazda, czy zadufany w sobie dupek. Wygląda jak miły, grzeczny chłopak.
-Mogę cię odprowadzić?
-Pewnie - odpowiedziałam bez zastanowienia, nawet nie wiedząc o co zapytał. Właściwie, prawdopodobnie nie ogarnęłabym się, nawet gdyby właśnie zaproponował mi dziki seks analny z użyciem banana jako dildo.
-No to.. chodźmy - pociągnął mnie lekko za rękę.
Szłam za rękę z Biersackiem i nie miałam przy tym "kisielu w majtkach". Co jest ze mną nie tak? Jestem lesbijką?
Droga mijała nam w ciszy. Nie była to krepująca, wymuszona cisza, spowodowana brakiem tematów. Jemu było głupio, a ja nie miałam zamiaru z nim gadać. Owszem, był dla mnie miły, przeprosił, ale, cholera jasna, nie mogę pozbyć się wrażenia, że jak nie patrze, patrzy mi w dekolt.
Albo to on jest zboczony, albo ja.
Andrew odezwał się dopiero wtedy, gdy dochodziliśmy do mojego domu. Przystanął i delikatnym, jak na faceta, gestem obrócił mnie w swoją stronę, po czym zawstydził mnie dwoma, bardzo krótkimi zdaniami:
-Tak właściwie, czasami warto jest przyjąć przeprosiny. A kłamać nie jest ładnie.
Zamurowało mnie. Patrzyłam na niego wielkimi oczami, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
Przejrzał mnie? Tak szybko?
-Ja..- wykrztusiłam tylko, ale przerwał mi i sprawił, że zarumieniłam się jeszcze bardziej.
-Uwierzyłbym ci, gdybyś nie wbijała mi tak mocno paznokci w rękę - zaśmiał się cicho. - I nie uciekała wzrokiem, gdy mi odpowiadasz.
-Przepraszam- westchnęłam ciężko, a moja niechęć zaczęła bardzo powoli się zmniejszać.
Jeśli mnie przejrzał, nie jest głupi. Mogłabym poświęcić mu trochę uwagi.
-Nie przepraszaj. Wiem, że czasem jestem dupkiem. Po prostu nie oceniaj mnie tak szybko, dobrze, Annie?
Kiwnęłam głową, wciąż patrząc na niego wielkimi oczami. Uśmiechnął się do mnie i lekko ścisnął moją dłoń, po czym zaczął mówić ciszej, przez co musiałam się do niego zbliżyć.
-Może kiedyś dasz się namówić na jakieś spotkanie? Poznałabyś mnie lepiej i zmieniła o mnie zdanie. Bo nie jestem taki, jak ci się wydaje.
-Nie jesteś szalenie inteligentny, przystojny i uroczy? Okej, jak wolisz - powiedziałam cicho, patrząc w jego oczy.
-Jesteś słodka, kiedy starasz się być miła. Daj mi swój numer - już miałam się nie zgodzić, kiedy dodał: - Wiem, gdzie mieszkasz. Nie masz wyboru.
-Czy to jest szantaż? - uniosłam jedna brew.
-A jeśli tak? - odwzajemnił mój gest.
-Jeśli tak, to zacznę cię lubić.
-Oczywiście, że to szantaż.
Zaśmiałam się i czekałam, aż końcu uda mu się wydobyć telefon z rurek. Gdy w końcu to mu się udało, wystukałam na ekranie ciąg cyfr i oddałam mu telefon.
Uśmiechał się. Ale nie tak, jak wcześniej. Ten uśmiech był inny. Dziwny.
Cóż, właśnie oddałam duszę diabłu.
---------------------------------------------------------------------------------
Dam dam dam daaaam!!
Ann się waha, Andy nie czai, autorka woli zeswatać Ann z Mattem.
I tak zrobi inaczej.
Jak widzicie, powoli się godzą.
Powoli.
i tak pójdą do łóżka.
Okej.
Życze dobrej nocy!
KOMENTOWAĆ, BO JEBNĘ LIMIT
sobota, 24 stycznia 2015
sobota, 17 stycznia 2015
Rozdział 4
Obrażona na cały świat, a w szczególności na osobnika płci (chyba) męskiej (o ile sobie tych bokserek nie wypycha watą, tak jak to robiła połowa dziewczyn ze stanikami w mojej dawnej szkole), odszukałam swoją torbę i dwie walizki, które, o dziwo, nie leżały byle jak w kącie holu, a równo ustawione pod drzwiami mojego najnowszego pokoju. Złapałam jedną z walizek i zmuszając się do wysiłku, zaciągnęłam ją do pokoju. Podobnie postąpiłam z druga walizką i torbą, bo, rzecz jasna, wczoraj nie chciało mi się nawet rozpakować, nie mówiąc już o braniu prysznica po powrocie od kuzynki, czy nawet przebraniu się. Ba! Nawet glanów nie zdjęłam!
W każdym razie, dopiero teraz zwróciłam uwagę na wystrój pokoju. Różnica była diametralna.
Okna w jednej ze ścian znajdowały się we wnęce, w której z kolei mieściło się coś na kształt mini łóżka, ot, kilka dużych, miękkich poduszek, koc i widok na całą ulicę. W wnękę wbudowana była półka z ciemnego drewna pełna.. książek! Tak, książek!
Omal nie dostałam orgazmu, gdy zorientowałam się, że biblioteczka zajmuje niemal całą ścianę. Po szczegółowym przejrzeniu zawartości półki zauważyłam największe dzieła Stevena Kinga, Sandry Brown, Nory Roberts, Adama Mickiewicza, Henryka Sienkiewicza oraz wielu, wielu innych mniej znanych autorów, jak Robert Muchamore.
Uśmiechnięta od ucha do ucha poddałam oględzinom drugą część pokoju -lustro, stojące w kącie, zaraz obok biblioteczki, biurko, stojące obok biblioteczki, dwuosobowe łóżko, które mówiło do mnie: no dalej, połóż się na mnie.. Nie pożałujesz, obiecuję. Będę z tobą co noc i nigdy cię nie opuszczę..
Coś czuję, że rzadko kiedy będę wychodziła z tej cudownej, bieluteńkiej pościeli.
W każdym razie, Zainteresowała mnie również szafa wbudowana w ścianę. Otworzyłam ciemne drzwi i moim oczom ukazało się.. Wejście do Narni?
Kto normalny ma drzwi w szafie?
Okej, mniejsza z tym. Przecież nie jestem normalna, prawda?
Uchyliłam powoli drzwi, spodziewając się.. no właśnie. Czego mogłam się spodziewać? Zwłok? W każdym razie, zwłok nie było, była jedynie łazienka.
Moja. Własna. Osobista. Łazienka.
Chyba nie muszę mówić, że odkrycie tego, jakże cudownego pomieszczenia wywołało u mnie atak euforii, połączony z piskiem szczęścia i serią podskoków w miejscu?
W każdym razie, łazienka nie była "w moim stylu". Jasnoniebieskie kafelki i białe szafki zupełnie nie pasowały do moich wyobrażeń, jednak, biorąc pod uwagę fakt, że nie znajdę w umywalce owłosionych golarek, a mój żel nie zniknie w tajemniczy sposób, jestem w pełni zadowolona.
Wyszłam z pomieszczenia, udając się z powrotem do pokoju, aby znaleźć w torbie coś do przebrania. Po upływie dosłownie półtorej minuty wygrzebałam z ciemnej otchłani mojego bagażu krótkie, jeansowe spodnie z wysokim stanem, które wręcz uwielbiam, od czasu, gdy kolega niesiony natchnieniem i alkoholem obciął ich nogawki, aby "wyeksponować moje nogi". Do nich dobrałam dosyć luźny, czary podkoszulek bez nadruku. Z takim zestawem znów udałam się "do Narni", gdzie wzięłam porządny prysznic, aby zmyć z siebie stres i wszystkie wydarzenia z ostatnich dwóch dni. Następnie czym prędzej osuszyłam ciemne włosy ręcznikiem, o splotłam je w luźny warkocz, aby nie pokręciły się zbytnio, a co najwyżej pofalowały.
Czysta, pachnąca i uczesana wróciłam na dół, notując w pamięci aby nie wspominać Oliverowi o łazience, ani tym bardziej o jego ulubionych książkach zajmujących miejsce w mojej biblioteczce.
Moja biblioteczka.
Cholera, jak to cudownie brzmi. Dokładnie tak, jak imię chłopaka, wymawiane przez dochodzącą dziewczynę.
Znaczy się, tak myślę.
Sprzątnęłam talerze po śniadaniu i wyjęłam z torby Harry'ego swojego starego, ale bardzo dobrze działającego laptopa, ozdobionego naklejkami, podpisami. Włączyłam urządzenie i zmieniłam w nim ustawienia tak, że pokazywał czas zarówno u nas, jak i w Polsce. Tak, na wszelki wypadek, gdybym przez przypadek chciała pogadać z mamą albo Sue na Skype o czwartej nad ranem...
Zalogowałam się na pierwszym lepszym czacie z kamerką, w nadziei, że znajdę tak nowych znajomych. Ewentualnie popatrzę na penisy w zwodzie, albo na cycki.
Po półgodzinnym odrzucaniu propozycji cyberseksu, oglądania dziesięciocentymetrowych członków i czytania komplementów o mojej (wątpliwej) urodzie, natrafiłam na bardzo ciekawego chłopaka.
Był.. przystojny. Wręcz idealny. Jak moja biblioteczka.
Jego miętowe włosy ułożone były w irokeza. Pełne wargi zdobił srebrny kolczyk, a szyję tatuaż z motywem łapacza snów. Jego oczy były szare, niczym zachmurzone niebo, a rzęsy długie jak firany. Niejedna dziewczyna mogłaby mu ich pozazdrościć.
Nie miał na sobie koszulki, dzięki czemu jego umięśniona klatka piersiowa była idealnie widoczna. Och, ile kosztowało mnie powstrzymywanie się od przygryzienia wargi!
Napisał niemal natychmiast, a jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
MattRose: Co tu robisz?
Gdyby nie wyraz jego twarzy, mogłabym pomyśleć, że nie jest zainteresowany rozmową ze mną, a mój widok wręcz go odstrasza. Na całe szczęście był wyszczerzony jak clown psychopata, co skutecznie odpędzało ode mnie takie myśli.
AnnEvans: Podejrzewam, że dokładnie to samo co Ty.
MattRose: Oglądasz erekcję niedowartościowanych facetów?
Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową, nie mając pojęcia, co mogę opisać na tak oryginalne.. stwierdzenie, o charakterze pytającym, o ile coś takiego w ogóle istnieje.
MattRose: Najwyraźniej tak. Co u Ciebie?
To jakże niewinne pytanie, tak często zadawane przez znajomych mogłoby okazać się dla mnie pułapką. Musiałam zainteresować Matta (jak wnioskuję po jego nicku) swoją osobą, więc zwykłe "a nic, a u ciebie?" nie wchodziło w grę.
AnnEvans: Całkiem dobrze, gdyby nie fakt, że za chwilę się roztopię. A u Ciebie?
Tak, na pewno zainteresowałam go swoją osobą. Z pewnością właśnie szuka w najciemniejszych odmętach internetu moich danych osobowych i adresu zamieszkania, a wieczorem będzie stał pod drzwiami z bukietem róż i pierścionkiem zaręczynowym.
Nie to, że miałabym coś przeciwko temu.
MattRose: Nieźle, gdyby nie fakt, że zaraz się roztopisz i będę skazany na zapadlinę umysłową innych użytkowników tego portalu.
Na mojej twarzy automatycznie pojawił się szeroki uśmiech, co wywołało reakcję łańcuchową w postaci jego uśmiechu. Był zabawny, inteligentny i przystojny. Nie sądziłam, że trafię tu na kogoś takiego.
MattRose: To może zanim się roztopisz, zapytam, czym się interesujesz?
AnnEvans: Musiałabym napisać tu wypracowanie, żeby wymienić wszystko. Ale jeśli miałabym wybierać, padłoby na malarstwo, książki, koszykówkę i muzykę. A Ty?
MattRose: Widocznie mamy całkiem podobne zainteresowania. Nie dziwię się, że jeszcze się nie rozłączyłaś
AnnEvans: Mogłabym napisać to samo. W takim razie, jakiej muzyki słuchasz, Matt?
MattRose: Włącz głośnik, Ann, a się dowiesz.
Uśmiech na jego twarzy stopniowo rósł, gdy podjęłam próbę podłączenia głośników do laptopa. Zaśmiałam się cicho, wyobrażając sobie, co ktoś mógłby pomyśleć wchodząc do pokoju.
Ja, pochylona przed monitorem i Matthew wgapiony w moje ciało.
Abo odwrotnie.
Chłopak wpatrzony w monitor, którym widać mój dekolt.
Gdy w końcu uporałam się się z podłączaniem sprzętu i usiadłam wygodnie na krześle, uruchamiając dźwięk. Z głośników sączyła się doskonale znana mi melodia. Utwór instrumentalny jednego z lepszych, oczywiście według mnie, zespołów folk-metalowych. Eluveitie - Isara.
MattRose: I jak Ci się podoba?
AnnEvans: Pytasz, jak podoba mi się jeden z moich ulubionych utworów? Cóż, muszę przyznać, że jest całkiem niezły.
Chłopak uśmiechnął się leniwie i napisał kilka słów na klawiaturze.
MattRose: Masz niezły gust muzyczny. Muszę lecieć. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś zobaczymy.
Uśmiechnęłam się do niego, ale nie zdążyłam napisać chociażby jednego zdania, kiedy pojawiła się ostatnia wiadomość, a mój rozmówca się rozłączył. Brzmiała ona:
MattRose: A tak poza tym, to masz całkiem fajne cycki :)
Nie, chłopaki wcale nie patrzą na biust. W ogóle. To tylko kobiety są tak zboczone, że myślą jedynie o jednym.
Przeczesałam palcami włosy, zastanawiając się, co mogłabym jeszcze porobić. Mimo, że w przeciągu trzech dni spałam może dziewięć godzin, nie działał do końca na moją korzyść. Najchętniej położyłabym się spać, bo różnica czasowa również daje mi w kość, ale jeśli to zrobię, z każdym dniem będzie trudniej. Lepiej nie ryzykować.
Podniosłam się z krzesła i zamknęłam laptopa, po czym wzięłam go pod pachę i udałam się na górę, aby się rozpakować. Odłożyłam sprzęt na biurko i wyciągnęłam z walizki równo złożone rzeczy ułożyłam na półkach te, które w razie czego mogłabym uprasować w pięć minut, a spódnice, sukienki i koszule powiesiłam na wieszakach. Nie zajęły nawet połowy szafy.
Chcąc dać odpocząć moim biednym nogom od glanów, wyjęłam moje jedyne, niezniszczone tenisówki i założyłam je, nie przejmując się wiązaniem. Związałam jeszcze ciemne włosy w kucyk, pilnując, aby żadne kosmyk nie próbował uciec. W efekcie uzyskałam grubą kitkę do połowy pleców i wygląd naćpanego szczura.
Nie wiem, co ludzie we mnie widzą.
Następnie znów zeszłam na dół, a w kuchni zastałam panów domu, rozwalonych na stole, przepracowanych i głodnych. Zrobiłam dwa kroki w tył, próbując usunąć im się z pola widzenia, ale na marne. Oli odwrócił głowę w moją stronę i z uśmiechem godnym Cheshire Cata, rozkazał:
-Idź do sklepu.
Niedoczekanie.
-Sam idź - odmruknęłam.
-Mogę iść z tobą, jak bardzo chcesz, ale ostrzegam cię, nie kąpałem się od dwóch dni, więc raczej nie będziesz miała szans na podryw.
-Idę tylko do supermarketu, nie na dziwki - wzruszyłam ramionami.
-Idziesz! Sama to powiedziałaś! - wykrzyknął, a ja z niedowierzaniem przyglądałam się temu wyszczerzowi. Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem zmieścił się na jego twarzy.
Westchnęłam pokonana i zgarnęłam ze stołu listę zakupów, którą pobieżnie przejrzałam, pieniądze, torbę, którą dawniej nosiłam do szkoły, a od jakichś dwóch lat służy jako torba na zakupy i powłócząc nogami udałam się do najbliższego sklepu.
Muszę się pochwalić, tym razem udało mi się nie zgubić.
Spokojnym, spacerowym tempem pokonywałam odcinek drogi między parkiem, a boiskami, co chwila poprawiając na ramieniu torbę. Gdybym była chudsza, pewnie przeważyłaby mnie.
Na całe szczęście, nigdy nie miałam kompleksów związanych z moim ciałem. Z twarzą - owszem, mam do tej pory, a zawdzięczam je moim kochanym znajomym z poprzedniej szkoły.
Przyznam, ich żarty były zabawne.
Przez tydzień.
Następne lata już nie.
Pogrążona we wspomnieniach, które miałam zostawić za sobą, pokonałam zakręt i.. potrąciłam kogoś.
Jeśli to będzie Biersack, to chyba się powieszę.
Podniosłam głowę i odwiesiłam plany samobójstwa. Przede mną stał chłopak o bardzo znajomej twarzy.
-No kurwa, jak chodzisz dzie... Ann?
-Cześć Matt.
-------------------------------------------------------------------
Nienawidzę.
Bleggera.
Bardzo.
Ktoś chyba mnie zgłosił i ujebali rozdział. Jakim prawem?
No nic.
Chciałabym was prosić o komentowanie, bo to wkurzające, jak jest tyle wejść, a mało kto raczy poświęcić kilka sekund na napisanie jednego zdania.
Ja pisze rozdziały po 5h!
Błagam, komentujcie *tak, poniżam się dla was*
Do piątku!
W każdym razie, dopiero teraz zwróciłam uwagę na wystrój pokoju. Różnica była diametralna.
Okna w jednej ze ścian znajdowały się we wnęce, w której z kolei mieściło się coś na kształt mini łóżka, ot, kilka dużych, miękkich poduszek, koc i widok na całą ulicę. W wnękę wbudowana była półka z ciemnego drewna pełna.. książek! Tak, książek!
Omal nie dostałam orgazmu, gdy zorientowałam się, że biblioteczka zajmuje niemal całą ścianę. Po szczegółowym przejrzeniu zawartości półki zauważyłam największe dzieła Stevena Kinga, Sandry Brown, Nory Roberts, Adama Mickiewicza, Henryka Sienkiewicza oraz wielu, wielu innych mniej znanych autorów, jak Robert Muchamore.
Uśmiechnięta od ucha do ucha poddałam oględzinom drugą część pokoju -lustro, stojące w kącie, zaraz obok biblioteczki, biurko, stojące obok biblioteczki, dwuosobowe łóżko, które mówiło do mnie: no dalej, połóż się na mnie.. Nie pożałujesz, obiecuję. Będę z tobą co noc i nigdy cię nie opuszczę..
Coś czuję, że rzadko kiedy będę wychodziła z tej cudownej, bieluteńkiej pościeli.
W każdym razie, Zainteresowała mnie również szafa wbudowana w ścianę. Otworzyłam ciemne drzwi i moim oczom ukazało się.. Wejście do Narni?
Kto normalny ma drzwi w szafie?
Okej, mniejsza z tym. Przecież nie jestem normalna, prawda?
Uchyliłam powoli drzwi, spodziewając się.. no właśnie. Czego mogłam się spodziewać? Zwłok? W każdym razie, zwłok nie było, była jedynie łazienka.
Moja. Własna. Osobista. Łazienka.
Chyba nie muszę mówić, że odkrycie tego, jakże cudownego pomieszczenia wywołało u mnie atak euforii, połączony z piskiem szczęścia i serią podskoków w miejscu?
W każdym razie, łazienka nie była "w moim stylu". Jasnoniebieskie kafelki i białe szafki zupełnie nie pasowały do moich wyobrażeń, jednak, biorąc pod uwagę fakt, że nie znajdę w umywalce owłosionych golarek, a mój żel nie zniknie w tajemniczy sposób, jestem w pełni zadowolona.
Wyszłam z pomieszczenia, udając się z powrotem do pokoju, aby znaleźć w torbie coś do przebrania. Po upływie dosłownie półtorej minuty wygrzebałam z ciemnej otchłani mojego bagażu krótkie, jeansowe spodnie z wysokim stanem, które wręcz uwielbiam, od czasu, gdy kolega niesiony natchnieniem i alkoholem obciął ich nogawki, aby "wyeksponować moje nogi". Do nich dobrałam dosyć luźny, czary podkoszulek bez nadruku. Z takim zestawem znów udałam się "do Narni", gdzie wzięłam porządny prysznic, aby zmyć z siebie stres i wszystkie wydarzenia z ostatnich dwóch dni. Następnie czym prędzej osuszyłam ciemne włosy ręcznikiem, o splotłam je w luźny warkocz, aby nie pokręciły się zbytnio, a co najwyżej pofalowały.
Czysta, pachnąca i uczesana wróciłam na dół, notując w pamięci aby nie wspominać Oliverowi o łazience, ani tym bardziej o jego ulubionych książkach zajmujących miejsce w mojej biblioteczce.
Moja biblioteczka.
Cholera, jak to cudownie brzmi. Dokładnie tak, jak imię chłopaka, wymawiane przez dochodzącą dziewczynę.
Znaczy się, tak myślę.
Sprzątnęłam talerze po śniadaniu i wyjęłam z torby Harry'ego swojego starego, ale bardzo dobrze działającego laptopa, ozdobionego naklejkami, podpisami. Włączyłam urządzenie i zmieniłam w nim ustawienia tak, że pokazywał czas zarówno u nas, jak i w Polsce. Tak, na wszelki wypadek, gdybym przez przypadek chciała pogadać z mamą albo Sue na Skype o czwartej nad ranem...
Zalogowałam się na pierwszym lepszym czacie z kamerką, w nadziei, że znajdę tak nowych znajomych. Ewentualnie popatrzę na penisy w zwodzie, albo na cycki.
Po półgodzinnym odrzucaniu propozycji cyberseksu, oglądania dziesięciocentymetrowych członków i czytania komplementów o mojej (wątpliwej) urodzie, natrafiłam na bardzo ciekawego chłopaka.
Był.. przystojny. Wręcz idealny. Jak moja biblioteczka.
Jego miętowe włosy ułożone były w irokeza. Pełne wargi zdobił srebrny kolczyk, a szyję tatuaż z motywem łapacza snów. Jego oczy były szare, niczym zachmurzone niebo, a rzęsy długie jak firany. Niejedna dziewczyna mogłaby mu ich pozazdrościć.
Nie miał na sobie koszulki, dzięki czemu jego umięśniona klatka piersiowa była idealnie widoczna. Och, ile kosztowało mnie powstrzymywanie się od przygryzienia wargi!
Napisał niemal natychmiast, a jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
MattRose: Co tu robisz?
Gdyby nie wyraz jego twarzy, mogłabym pomyśleć, że nie jest zainteresowany rozmową ze mną, a mój widok wręcz go odstrasza. Na całe szczęście był wyszczerzony jak clown psychopata, co skutecznie odpędzało ode mnie takie myśli.
AnnEvans: Podejrzewam, że dokładnie to samo co Ty.
MattRose: Oglądasz erekcję niedowartościowanych facetów?
Uśmiechnęłam się i pokręciłam głową, nie mając pojęcia, co mogę opisać na tak oryginalne.. stwierdzenie, o charakterze pytającym, o ile coś takiego w ogóle istnieje.
MattRose: Najwyraźniej tak. Co u Ciebie?
To jakże niewinne pytanie, tak często zadawane przez znajomych mogłoby okazać się dla mnie pułapką. Musiałam zainteresować Matta (jak wnioskuję po jego nicku) swoją osobą, więc zwykłe "a nic, a u ciebie?" nie wchodziło w grę.
AnnEvans: Całkiem dobrze, gdyby nie fakt, że za chwilę się roztopię. A u Ciebie?
Tak, na pewno zainteresowałam go swoją osobą. Z pewnością właśnie szuka w najciemniejszych odmętach internetu moich danych osobowych i adresu zamieszkania, a wieczorem będzie stał pod drzwiami z bukietem róż i pierścionkiem zaręczynowym.
Nie to, że miałabym coś przeciwko temu.
MattRose: Nieźle, gdyby nie fakt, że zaraz się roztopisz i będę skazany na zapadlinę umysłową innych użytkowników tego portalu.
Na mojej twarzy automatycznie pojawił się szeroki uśmiech, co wywołało reakcję łańcuchową w postaci jego uśmiechu. Był zabawny, inteligentny i przystojny. Nie sądziłam, że trafię tu na kogoś takiego.
MattRose: To może zanim się roztopisz, zapytam, czym się interesujesz?
AnnEvans: Musiałabym napisać tu wypracowanie, żeby wymienić wszystko. Ale jeśli miałabym wybierać, padłoby na malarstwo, książki, koszykówkę i muzykę. A Ty?
MattRose: Widocznie mamy całkiem podobne zainteresowania. Nie dziwię się, że jeszcze się nie rozłączyłaś
AnnEvans: Mogłabym napisać to samo. W takim razie, jakiej muzyki słuchasz, Matt?
MattRose: Włącz głośnik, Ann, a się dowiesz.
Uśmiech na jego twarzy stopniowo rósł, gdy podjęłam próbę podłączenia głośników do laptopa. Zaśmiałam się cicho, wyobrażając sobie, co ktoś mógłby pomyśleć wchodząc do pokoju.
Ja, pochylona przed monitorem i Matthew wgapiony w moje ciało.
Abo odwrotnie.
Chłopak wpatrzony w monitor, którym widać mój dekolt.
Gdy w końcu uporałam się się z podłączaniem sprzętu i usiadłam wygodnie na krześle, uruchamiając dźwięk. Z głośników sączyła się doskonale znana mi melodia. Utwór instrumentalny jednego z lepszych, oczywiście według mnie, zespołów folk-metalowych. Eluveitie - Isara.
MattRose: I jak Ci się podoba?
AnnEvans: Pytasz, jak podoba mi się jeden z moich ulubionych utworów? Cóż, muszę przyznać, że jest całkiem niezły.
Chłopak uśmiechnął się leniwie i napisał kilka słów na klawiaturze.
MattRose: Masz niezły gust muzyczny. Muszę lecieć. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś zobaczymy.
Uśmiechnęłam się do niego, ale nie zdążyłam napisać chociażby jednego zdania, kiedy pojawiła się ostatnia wiadomość, a mój rozmówca się rozłączył. Brzmiała ona:
MattRose: A tak poza tym, to masz całkiem fajne cycki :)
Nie, chłopaki wcale nie patrzą na biust. W ogóle. To tylko kobiety są tak zboczone, że myślą jedynie o jednym.
Przeczesałam palcami włosy, zastanawiając się, co mogłabym jeszcze porobić. Mimo, że w przeciągu trzech dni spałam może dziewięć godzin, nie działał do końca na moją korzyść. Najchętniej położyłabym się spać, bo różnica czasowa również daje mi w kość, ale jeśli to zrobię, z każdym dniem będzie trudniej. Lepiej nie ryzykować.
Podniosłam się z krzesła i zamknęłam laptopa, po czym wzięłam go pod pachę i udałam się na górę, aby się rozpakować. Odłożyłam sprzęt na biurko i wyciągnęłam z walizki równo złożone rzeczy ułożyłam na półkach te, które w razie czego mogłabym uprasować w pięć minut, a spódnice, sukienki i koszule powiesiłam na wieszakach. Nie zajęły nawet połowy szafy.
Chcąc dać odpocząć moim biednym nogom od glanów, wyjęłam moje jedyne, niezniszczone tenisówki i założyłam je, nie przejmując się wiązaniem. Związałam jeszcze ciemne włosy w kucyk, pilnując, aby żadne kosmyk nie próbował uciec. W efekcie uzyskałam grubą kitkę do połowy pleców i wygląd naćpanego szczura.
Nie wiem, co ludzie we mnie widzą.
Następnie znów zeszłam na dół, a w kuchni zastałam panów domu, rozwalonych na stole, przepracowanych i głodnych. Zrobiłam dwa kroki w tył, próbując usunąć im się z pola widzenia, ale na marne. Oli odwrócił głowę w moją stronę i z uśmiechem godnym Cheshire Cata, rozkazał:
-Idź do sklepu.
Niedoczekanie.
-Sam idź - odmruknęłam.
-Mogę iść z tobą, jak bardzo chcesz, ale ostrzegam cię, nie kąpałem się od dwóch dni, więc raczej nie będziesz miała szans na podryw.
-Idę tylko do supermarketu, nie na dziwki - wzruszyłam ramionami.
-Idziesz! Sama to powiedziałaś! - wykrzyknął, a ja z niedowierzaniem przyglądałam się temu wyszczerzowi. Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem zmieścił się na jego twarzy.
Westchnęłam pokonana i zgarnęłam ze stołu listę zakupów, którą pobieżnie przejrzałam, pieniądze, torbę, którą dawniej nosiłam do szkoły, a od jakichś dwóch lat służy jako torba na zakupy i powłócząc nogami udałam się do najbliższego sklepu.
Muszę się pochwalić, tym razem udało mi się nie zgubić.
Spokojnym, spacerowym tempem pokonywałam odcinek drogi między parkiem, a boiskami, co chwila poprawiając na ramieniu torbę. Gdybym była chudsza, pewnie przeważyłaby mnie.
Na całe szczęście, nigdy nie miałam kompleksów związanych z moim ciałem. Z twarzą - owszem, mam do tej pory, a zawdzięczam je moim kochanym znajomym z poprzedniej szkoły.
Przyznam, ich żarty były zabawne.
Przez tydzień.
Następne lata już nie.
Pogrążona we wspomnieniach, które miałam zostawić za sobą, pokonałam zakręt i.. potrąciłam kogoś.
Jeśli to będzie Biersack, to chyba się powieszę.
Podniosłam głowę i odwiesiłam plany samobójstwa. Przede mną stał chłopak o bardzo znajomej twarzy.
-No kurwa, jak chodzisz dzie... Ann?
-Cześć Matt.
-------------------------------------------------------------------
Nienawidzę.
Bleggera.
Bardzo.
Ktoś chyba mnie zgłosił i ujebali rozdział. Jakim prawem?
No nic.
Chciałabym was prosić o komentowanie, bo to wkurzające, jak jest tyle wejść, a mało kto raczy poświęcić kilka sekund na napisanie jednego zdania.
Ja pisze rozdziały po 5h!
Błagam, komentujcie *tak, poniżam się dla was*
Do piątku!
piątek, 9 stycznia 2015
Rozdział 3
Dobra. Muszę wziąć się w garść. To przecież była prosta droga! Na pewno dam radę dojść do domu. To przecież nic trudnego. Wystarczy skręcić kilka razy... Och, jestem dorosła, to jasne, że sobie poradzę!
Koga ja oszukuję, przecież jestem tylko beznadziejnym, malutkim człowieczkiem w obcym mieście. Nie jestem dorosła, jest najprawdopodobniej po północy, a ja nie mam zielonego pojęcia, gdzie do cholery jestem. Zgubiłam się, tak? I się boję. Bardzo.
Mam wrażenie, że od dłuższego czasu za mną idzie. Pomyślicie: nie, na pewno nie! Przecież to ogromne miasto, jest dużo ludzi i na pewno ktoś po prostu idzie w tym samym kierunku, co ja!
Nie.
Spoglądałam za siebie kilka razy. Przyłapałam go, jak mnie obserwował. Wręcz czułam, jak przewierca mi plecy swoim spojrzeniem. Za każdym kolejnym razem przystawał, wiązał byty, lub zaczynał rozglądać się po okolicy. Gdy znów zaczynałam iść, on ruszał znowu.
Co prawda, odległość między nami była zachowana, ale przebiegnięcie stu metrów zajmuje średnio 14 sekund. Wystarczyłoby, abym zatrzymała się chociażby po to, żeby zawiązać glana, a już mógłby mnie dorwać, obezwładnić, wsadzić do wozu i wywieźć do pierwszego lepszego burdelu!
Właściwie, o czym ja do jasnej cholery pieprze?
Postanowiłam zrobić coś dla odstresowania. Wyciągnęłam telefon, który już od dobrego miesiąca służył jedynie do słuchania muzyki, bo nie chciało mi się iść do sklepu po kartę. Następnie włożyłam do uszu słuchawki i czekałam, aż piosenka się zacznie.
I am a man who walks alone
And when I'm walking a dark road
At night or strolling through the park
When the light begins to change
I sometimes feel a little strange
A little anxious when it's dark
Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that something's always near
Fear of the dark, fear of the dark
I have a phobia that someone's always there
Obrażona na cały świat, a w szczególności na psychopatę śledzącego mnie i na mój kochany, zawsze mnie rozumiejący telefon, przemaszerowałam przez bogatsze osiedle, próbując wzrokiem odnaleźć cokolwiek, co mój najcudowniejszy, najgenialniejszy, najwspanialszy mózg pozostawił w mojej pamięci.
Gdy mijałam ostatnią posiadłość, zauważyłam całkiem znajomy, różowawy budynek, którego okna zasłonięte były od środka białymi firanami.
Miałam ochotę skakać ze szczęścia. Dalej droga była banalnie prosta. Skrzyżowanie, trzy przecznice, a później już z górki. Dosłownie, bo droga biegła w dół.
Wiem, mało zabawne.
Kierując się prostą zasadą "nie oglądaj się za siebie, bo ci z przodu ktoś przyjebie", przeszłam przez park, plac zabaw oraz skrzyżowanie.
Byłam blisko.
Pokonując przecznicę dzielącą mnie od "ostatniej prostej" zajęłam się obserwowaniem domów, aby chociaż na chwilę zapomnieć o obserwującym mnie psycholu. Wszystkie wyglądały praktycznie tak samo. Białe, bądź beżowe z ciemnymi dachami, zamykanymi okiennicami i bielutkimi płotami. Dokładnie tak, jak zwykle wyglądają w nudnych, amerykańskich komediach o nieprzeciętnie ciekawych obywatelach i ich cudownym życiu miłosnym, bądź rodzinnym, które sypie się, a później układa z powrotem.
W tamtym momencie postanowiłam sobie dwie rzeczy: przestanę oglądać amerykańskie filmy i.. nigdy więcej nie będę chodziła w nocy w słuchawkach.
Koga ja oszukuję, przecież jestem tylko beznadziejnym, malutkim człowieczkiem w obcym mieście. Nie jestem dorosła, jest najprawdopodobniej po północy, a ja nie mam zielonego pojęcia, gdzie do cholery jestem. Zgubiłam się, tak? I się boję. Bardzo.
Mam wrażenie, że od dłuższego czasu za mną idzie. Pomyślicie: nie, na pewno nie! Przecież to ogromne miasto, jest dużo ludzi i na pewno ktoś po prostu idzie w tym samym kierunku, co ja!
Nie.
Spoglądałam za siebie kilka razy. Przyłapałam go, jak mnie obserwował. Wręcz czułam, jak przewierca mi plecy swoim spojrzeniem. Za każdym kolejnym razem przystawał, wiązał byty, lub zaczynał rozglądać się po okolicy. Gdy znów zaczynałam iść, on ruszał znowu.
Co prawda, odległość między nami była zachowana, ale przebiegnięcie stu metrów zajmuje średnio 14 sekund. Wystarczyłoby, abym zatrzymała się chociażby po to, żeby zawiązać glana, a już mógłby mnie dorwać, obezwładnić, wsadzić do wozu i wywieźć do pierwszego lepszego burdelu!
Właściwie, o czym ja do jasnej cholery pieprze?
Postanowiłam zrobić coś dla odstresowania. Wyciągnęłam telefon, który już od dobrego miesiąca służył jedynie do słuchania muzyki, bo nie chciało mi się iść do sklepu po kartę. Następnie włożyłam do uszu słuchawki i czekałam, aż piosenka się zacznie.
I am a man who walks alone
And when I'm walking a dark road
At night or strolling through the park
When the light begins to change
I sometimes feel a little strange
A little anxious when it's dark
Fear of the dark, fear of the dark
I have a constant fear that something's always near
Fear of the dark, fear of the dark
I have a phobia that someone's always there
Nie, no, to są chyba jakieś jaja. No kurwa, telefonie, serio?
Postanowiłam, że najpierw wrócę do domu i pomartwię się o reakcję ojca, później zajmę się chodzącymi za mną psycholami. A tu co? Fear of the dark!Obrażona na cały świat, a w szczególności na psychopatę śledzącego mnie i na mój kochany, zawsze mnie rozumiejący telefon, przemaszerowałam przez bogatsze osiedle, próbując wzrokiem odnaleźć cokolwiek, co mój najcudowniejszy, najgenialniejszy, najwspanialszy mózg pozostawił w mojej pamięci.
Gdy mijałam ostatnią posiadłość, zauważyłam całkiem znajomy, różowawy budynek, którego okna zasłonięte były od środka białymi firanami.
Miałam ochotę skakać ze szczęścia. Dalej droga była banalnie prosta. Skrzyżowanie, trzy przecznice, a później już z górki. Dosłownie, bo droga biegła w dół.
Wiem, mało zabawne.
Kierując się prostą zasadą "nie oglądaj się za siebie, bo ci z przodu ktoś przyjebie", przeszłam przez park, plac zabaw oraz skrzyżowanie.
Byłam blisko.
Pokonując przecznicę dzielącą mnie od "ostatniej prostej" zajęłam się obserwowaniem domów, aby chociaż na chwilę zapomnieć o obserwującym mnie psycholu. Wszystkie wyglądały praktycznie tak samo. Białe, bądź beżowe z ciemnymi dachami, zamykanymi okiennicami i bielutkimi płotami. Dokładnie tak, jak zwykle wyglądają w nudnych, amerykańskich komediach o nieprzeciętnie ciekawych obywatelach i ich cudownym życiu miłosnym, bądź rodzinnym, które sypie się, a później układa z powrotem.
W tamtym momencie postanowiłam sobie dwie rzeczy: przestanę oglądać amerykańskie filmy i.. nigdy więcej nie będę chodziła w nocy w słuchawkach.
Gdybym tego nie robiła, byłabym skupiona na drodze do domu. Usłyszałabym jego kroki. Ciężki oddech zaraz za sobą. Mogłabym uciec.
Teraz stałam jak sparaliżowana, czując na ramieniu zaciskającą się dłoń. Nerwowo przełknęłam ślinę i powoli obróciłam, spodziewając się zobaczyć faceta w kominiarce z gazem pieprzowym, albo nożem w ręku.
Pomyliłam się.
Przede mną stał młody mężczyzna. Niebieskooki blondyn z szelmowskim uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Andrew Dennis Biersack we własnej osobie, proszę państwa! Śmierdzący wódką, a właściwie bardziej rozwodnionym, posłodzonym spirytusem, papierochami i klubowym kiblem, gdzie prawdopodobnie bzykał jakąś laskę.
Moje marzenie się spełniło.
-Co tak śliczna dziewczyna jak ty robi na ulicy tak późno, całkiem sama? - spytał zniekształcając niektóre słowa i spojrzał nie na moją twarz, a cycki.
Dobra nasza. Nie pamięta mnie i jest tak pijany, że może nie zapamięta mnie w ogóle. Jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli, będę wolna od tego palanta na stałe.
-Jestem dziwką, nie wiesz? - odpowiedziałam sarkastycznie wyrywając ramie z jego uścisku. Skrzywił się.
-Och, Annie, powinnaś być milsza, wiesz? Nie boisz się?
Taki chuj.
-Ciebie miałabym się bać? - uniosłam jedną brew cofnęłam dwa kroki w tył, a następnie odwróciłam i znów zaczęłam iść w stronę domu, od którego dzieliło mnie zaledwie jakieś pięćdziesiąt metrów.
-Powinnaś. Co, jeśli okazałbym się gwałcicielem i chciał pieprzyć cię w tą okrągłą dupę całą noc? Nie mogłabyś nic zrobić, bo jesteś taka mała i bezbronna... Zrobiłbym z tobą wszystko, czego bym chciał.
Zatrzymałam się i zacisnęłam mocno pięści, żeby przypadkiem jedna z nich nie wylądowała na jego oku, nosie, bądź zębach. Musiałam skupić całą siłę woli, żeby tak się nie stało.
-A jednak się mnie boisz... Wielka szkoda, bo miałem nadzieję, że dostanę chociaż buzi na dobranoc.
-Wiesz co, Biersack?- mruknęłam wykonując półobrót i patrząc wprost w jego błyszczące oczy. - Jesteś dupkiem. I idiotą. Nie chodzi mi o to, że chcę cię obrazić. Nie mam w zwyczaju od tak naskakiwać na ludzi, bez żadnego powodu. Ty jesteś wyjątkiem. Od samego początku irytuje mnie twoja osoba. Nie jesteś panem całego świata! To, że płaskie małolaty na ciebie lecą, nie oznacza jeszcze, że jesteś najcudowniejszym mężczyzną świata. Bo nie jesteś w ogóle mężczyzną. Jesteś na poziomie skretyniałego szesnastolatka z ogromnym ego, a zachowujesz się tak, jakbyś był ponad wszystkim. Myślisz, że każda na ciebie leci, wystarczy, że spojrzysz w jej oczy, albo skomplementujesz? Nie. Powinieneś się wstydzić. A ty wręcz przeciwnie, szczycisz się swoim idiotyzmem - powiedziałam najbardziej jadowitym tonem, na jaki było mnie w tamtej chwili stać i kręcąc swoją "okrągłą dupą" pokonałam ostatnie metry dzielące mnie od domu. Przeskoczyłam przez furtkę, nie przemęczając się jej otwieraniem i wyjęłam z kieszonki klucze. Otworzyłam drzwi od domu i przed wejściem do środka spojrzałam na ulicę.
Stał tam. Z miną zbitego psa patrzył na mnie, a później przeszył mnie na wylot jednym prostym słowem:
-Przepraszam.
Och, spłonę za to.
Skrzywiłam się, czując na twarzy promienie słońca. Spało mi się zdecydowanie zbyt dobrze, żebym właśnie teraz miała się budzić. Co prawda, nie pamiętam dobrze, gdzie zasnęłam, ale na pewno tutaj będę spała częściej.
O ile nie jest to łóżko Biersacka.
Niechętnie otworzyłam oczy, aby upewnić się, że jestem w swoim domu. Potwierdziło się. Leżałam na mojej ukochanej kanapie, pachnącej motocyklami, szorstkiej i pozszywanej w niektórych miejscach, przykryta kraciastym kocem z łaskoczącymi frędzlami. Było idealnie.
-Gdzieś ty była całą noc?!
BYŁO. BYŁO - czas przeszły. Ja za chwilę też będę tylko w czasie przeszłym.
-Cześć tato - uśmiechnęłam się niewinnie i podniosłam na łokciach. - Byłam u Carolyn. Spokojnie, nic mi się nie stało i nie wróciłam wcale późno. Musieliście wcześnie zasnąć.
-Za karę zrobisz śniadanie - zdecydował Harry, zrywając ze mnie koc. Uśmiechnął się z wyższością i zafalował brwiami. Widząc, że nie mam zamiaru ruszyć mojego "okrągłego tyłka" z kanapy powiedział - Chcesz, żebym ja je zrobił?
Nie musiał mnie więcej przekonywać.
Okej, Harry był świetnym ojcem, ale gotować absolutnie nie potrafił. Mylił przyprawy, nie mówiąc już o jego ciastach, z których można by budować mury obronne. Nawet czołg by się przez nie nie przebił.
Nie minęło pięć minut, a do kuchni przyszedł rozczochrany Oli. Oczywiście, nie raczył się ubrać: paradował w samych bokserkach.
Które były w bałwanki.
Dlaczego ja patrze na jego krocze?
Ratunku.
-Ann, nie gap się z łaski swojej na mojego kutasa, okej? - mruknął zaspanym głosem, czym wyrwał mnie z zamyślenia.
-Nie nazwałeś go jeszcze?- uniosłam jedną brew.
-Nie mam pomysłu na imię - odpowiedział kładąc ręce na moich biodrach i patrząc przez ramię na śniadanie, które robiłam właśnie dla niego.
-Nazwij go Kotek - zaproponowałam odchylając głowę i kładąc ją na jego ramieniu.
-Kotek?
-No wiesz, jak powiesz do dziewczyny, żeby pogłaskała Kotka, nikt nie domyśli się o co chodzi -wyjaśniłam z bananem na twarzy.
-Jesteś chora siostrzyczko - wymruczał mi do ucha. - A teraz szybciej rób mi te tosty, bo padam z głodu.
-Ja jestem chora?- uniosłam jedną brew. - Kto chodzi przy siostrze w gaciach i jeszcze ją wtedy tuli?
-Kto wymyśla imiona dla kutasa własnego brata? - odpyskował.
Wtedy właśnie do kuchni wszedł tata, ubrany w zwężane jeansy, czarną, luźną (przynajmniej na mnie) koszulkę Huntera z autografami oraz sfatygowane trampki, w których chodził od niepamiętnych czasów. Czyżby jeszcze dzisiaj nie musiał iść do pracy?
-Oboje jesteście dziwni. Na szczęście, to nie moja wina, tylko listonosza- zaśmiał się i poczochrał mi włosy, po czym usiadł do stołu, zaraz obok swojego (?) syna. - To jak będzie z tym śniadaniem?
-Musimy poczekać na listonosza. W końcu, robię to śniadanie tacie, tak? - uniosłam jedną brew po czym postawiłam przed Olim placki bananowe z miodem.
Jakby co, tylko to znalazłam w szafce i lodówce. Miód, jajka i banany. Uczta godna rodziny królewskiej.
-Nie zapominaj, że prawdziwym tatą jest ten, który cię wychował, a nie ten, który spłodził.
-Spoko. Kiedyś powiem to swojemu mężowi, gdy będzie się awanturował o zdrady - wyszczerzyłam ząbki w uśmiechu pełnym satysfakcji i samozadowolenia. - A tak w ogóle, to chyba podpierdzieliłeś mi koszulkę.
-Jest męska - wzruszył ramionami zabierając Oliemu jednego placka, za co, rzecz jasna, dostał łyżką po łapach.
Oni chyba nigdy nie dorosną.
-No ale chciałam ją założyć! To moja ulubiona! Z resztą, nie słuchasz Huntera, więc oddaj, no już.
-Własnemu ojcu każesz się rozbierać?
-Ale ty nie jesteś listonoszem...
Ojciec spojrzał na mnie tak, jakby chciał mi ukręcić łeb. W sumie, pewnie właśnie tego chce. Nie dziwię mu się. Sama też na jego miejscu chciałabym to zrobić.
Zakończyłam smażenie placków dla taty, po czym podałam mu je i nie zważając na ich pytania o treści: "a ty nie jesz?", rozpoczęłam mozolną wędrówkę po drewnianych schodach na górę. W połowie drogi usłyszałam krzyk Olivera:
-Annie! Zamieniłem pokoje! Ty masz ten drugi!
-Ale... Ja chciałam tamten!
-Nie obchodzi mnie, co chcesz! Nie będę spał w babskim pokoju!
Boże, chcę umrzeć już teraz, zanim zabiję tego kretyna na śmierć.
----------------------------------------------------------------------------
Nie rozumiem, o co chodzi z tym bloggerem. Albo nie dodaje komentarzy, albo usuwa rozdziały. Omal nie dostałam zawału, jak zobaczyłam, że to gówno mi się usunęło.
Zatrzymałam się i zacisnęłam mocno pięści, żeby przypadkiem jedna z nich nie wylądowała na jego oku, nosie, bądź zębach. Musiałam skupić całą siłę woli, żeby tak się nie stało.
-A jednak się mnie boisz... Wielka szkoda, bo miałem nadzieję, że dostanę chociaż buzi na dobranoc.
-Wiesz co, Biersack?- mruknęłam wykonując półobrót i patrząc wprost w jego błyszczące oczy. - Jesteś dupkiem. I idiotą. Nie chodzi mi o to, że chcę cię obrazić. Nie mam w zwyczaju od tak naskakiwać na ludzi, bez żadnego powodu. Ty jesteś wyjątkiem. Od samego początku irytuje mnie twoja osoba. Nie jesteś panem całego świata! To, że płaskie małolaty na ciebie lecą, nie oznacza jeszcze, że jesteś najcudowniejszym mężczyzną świata. Bo nie jesteś w ogóle mężczyzną. Jesteś na poziomie skretyniałego szesnastolatka z ogromnym ego, a zachowujesz się tak, jakbyś był ponad wszystkim. Myślisz, że każda na ciebie leci, wystarczy, że spojrzysz w jej oczy, albo skomplementujesz? Nie. Powinieneś się wstydzić. A ty wręcz przeciwnie, szczycisz się swoim idiotyzmem - powiedziałam najbardziej jadowitym tonem, na jaki było mnie w tamtej chwili stać i kręcąc swoją "okrągłą dupą" pokonałam ostatnie metry dzielące mnie od domu. Przeskoczyłam przez furtkę, nie przemęczając się jej otwieraniem i wyjęłam z kieszonki klucze. Otworzyłam drzwi od domu i przed wejściem do środka spojrzałam na ulicę.
Stał tam. Z miną zbitego psa patrzył na mnie, a później przeszył mnie na wylot jednym prostym słowem:
-Przepraszam.
Och, spłonę za to.
Skrzywiłam się, czując na twarzy promienie słońca. Spało mi się zdecydowanie zbyt dobrze, żebym właśnie teraz miała się budzić. Co prawda, nie pamiętam dobrze, gdzie zasnęłam, ale na pewno tutaj będę spała częściej.
O ile nie jest to łóżko Biersacka.
Niechętnie otworzyłam oczy, aby upewnić się, że jestem w swoim domu. Potwierdziło się. Leżałam na mojej ukochanej kanapie, pachnącej motocyklami, szorstkiej i pozszywanej w niektórych miejscach, przykryta kraciastym kocem z łaskoczącymi frędzlami. Było idealnie.
-Gdzieś ty była całą noc?!
BYŁO. BYŁO - czas przeszły. Ja za chwilę też będę tylko w czasie przeszłym.
-Cześć tato - uśmiechnęłam się niewinnie i podniosłam na łokciach. - Byłam u Carolyn. Spokojnie, nic mi się nie stało i nie wróciłam wcale późno. Musieliście wcześnie zasnąć.
-Za karę zrobisz śniadanie - zdecydował Harry, zrywając ze mnie koc. Uśmiechnął się z wyższością i zafalował brwiami. Widząc, że nie mam zamiaru ruszyć mojego "okrągłego tyłka" z kanapy powiedział - Chcesz, żebym ja je zrobił?
Nie musiał mnie więcej przekonywać.
Okej, Harry był świetnym ojcem, ale gotować absolutnie nie potrafił. Mylił przyprawy, nie mówiąc już o jego ciastach, z których można by budować mury obronne. Nawet czołg by się przez nie nie przebił.
Nie minęło pięć minut, a do kuchni przyszedł rozczochrany Oli. Oczywiście, nie raczył się ubrać: paradował w samych bokserkach.
Które były w bałwanki.
Dlaczego ja patrze na jego krocze?
Ratunku.
-Ann, nie gap się z łaski swojej na mojego kutasa, okej? - mruknął zaspanym głosem, czym wyrwał mnie z zamyślenia.
-Nie nazwałeś go jeszcze?- uniosłam jedną brew.
-Nie mam pomysłu na imię - odpowiedział kładąc ręce na moich biodrach i patrząc przez ramię na śniadanie, które robiłam właśnie dla niego.
-Nazwij go Kotek - zaproponowałam odchylając głowę i kładąc ją na jego ramieniu.
-Kotek?
-No wiesz, jak powiesz do dziewczyny, żeby pogłaskała Kotka, nikt nie domyśli się o co chodzi -wyjaśniłam z bananem na twarzy.
-Jesteś chora siostrzyczko - wymruczał mi do ucha. - A teraz szybciej rób mi te tosty, bo padam z głodu.
-Ja jestem chora?- uniosłam jedną brew. - Kto chodzi przy siostrze w gaciach i jeszcze ją wtedy tuli?
-Kto wymyśla imiona dla kutasa własnego brata? - odpyskował.
Wtedy właśnie do kuchni wszedł tata, ubrany w zwężane jeansy, czarną, luźną (przynajmniej na mnie) koszulkę Huntera z autografami oraz sfatygowane trampki, w których chodził od niepamiętnych czasów. Czyżby jeszcze dzisiaj nie musiał iść do pracy?
-Oboje jesteście dziwni. Na szczęście, to nie moja wina, tylko listonosza- zaśmiał się i poczochrał mi włosy, po czym usiadł do stołu, zaraz obok swojego (?) syna. - To jak będzie z tym śniadaniem?
-Musimy poczekać na listonosza. W końcu, robię to śniadanie tacie, tak? - uniosłam jedną brew po czym postawiłam przed Olim placki bananowe z miodem.
Jakby co, tylko to znalazłam w szafce i lodówce. Miód, jajka i banany. Uczta godna rodziny królewskiej.
-Nie zapominaj, że prawdziwym tatą jest ten, który cię wychował, a nie ten, który spłodził.
-Spoko. Kiedyś powiem to swojemu mężowi, gdy będzie się awanturował o zdrady - wyszczerzyłam ząbki w uśmiechu pełnym satysfakcji i samozadowolenia. - A tak w ogóle, to chyba podpierdzieliłeś mi koszulkę.
-Jest męska - wzruszył ramionami zabierając Oliemu jednego placka, za co, rzecz jasna, dostał łyżką po łapach.
Oni chyba nigdy nie dorosną.
-No ale chciałam ją założyć! To moja ulubiona! Z resztą, nie słuchasz Huntera, więc oddaj, no już.
-Własnemu ojcu każesz się rozbierać?
-Ale ty nie jesteś listonoszem...
Ojciec spojrzał na mnie tak, jakby chciał mi ukręcić łeb. W sumie, pewnie właśnie tego chce. Nie dziwię mu się. Sama też na jego miejscu chciałabym to zrobić.
Zakończyłam smażenie placków dla taty, po czym podałam mu je i nie zważając na ich pytania o treści: "a ty nie jesz?", rozpoczęłam mozolną wędrówkę po drewnianych schodach na górę. W połowie drogi usłyszałam krzyk Olivera:
-Annie! Zamieniłem pokoje! Ty masz ten drugi!
-Ale... Ja chciałam tamten!
-Nie obchodzi mnie, co chcesz! Nie będę spał w babskim pokoju!
Boże, chcę umrzeć już teraz, zanim zabiję tego kretyna na śmierć.
----------------------------------------------------------------------------
Nie rozumiem, o co chodzi z tym bloggerem. Albo nie dodaje komentarzy, albo usuwa rozdziały. Omal nie dostałam zawału, jak zobaczyłam, że to gówno mi się usunęło.
*błogosławię, że dzięki swojej (nikłej) inteligencji zapisałam go wcześniej w Wordzie*
W każdym razie, miałam też szansę zmienić końcówkę *na całe szczęście, bo chciałam coś jeszcze dopisać*
Także no.
I niedługo nowy.
W każdym razie, miałam też szansę zmienić końcówkę *na całe szczęście, bo chciałam coś jeszcze dopisać*
Także no.
I niedługo nowy.
wtorek, 30 grudnia 2014
Rozdział 2
Instrukcje, jakie podawała mi Carolyn wydawały się z początku dziecinnie proste, do czasu, gdy przyszło mi pokonać pierwszy zakręt. Miałam dojść do parku, a zamiast tego trafiłam.. na plac zabaw, pełen małych, wrednych dzieci, śmiejących się i piszczących na całe gardła.
Zdenerwowana przeszłam brukowana alejką kilkanaście metrów, po czym zatrzymałam się i z ulgą stwierdziłam, że tuż za rogiem czeka na mnie ogromy plac zieleni, wypełniony po brzegi drzewami. Szybkim krokiem pokonałam dzieląca mnie od niego odległość i zwolniłam. Obmacałam wszystkie kieszenie spodni, w końcu natrafiając na telefon i słuchawki. Włączyłam jeden z moich ulubionych utworów, szukając wzrokiem małej, różowej kawiarenki, która według Rain miała się znajdować kilka kroków od parku.
Zamiast tego mój wzrok skupił się na dwóch postaciach idących naprzeciwko mnie. Byli to dwaj mężczyźni, ubrani na czarno. Potrzebowałam zaledwie kilku sekund, aby rozpoznać znane mi z wielu fotografii twarze.
Nie, to nie była rosyjska mafia.
Bez zastanowienia podeszłam do nich i wypaliłam prosto z mostu:
-Cześć. Mogłabym prosić o autograf?
Obaj odwrócili się do mnie i zmierzyli spojrzeniem, jakbym była tanią dziwką, która chce im zrobić laskę.
-Jasne - wyszczerzył się do mnie Andrew Biersack, na co odpowiedziałam nieśmiałym uśmiechem.
Cześć. Mogłabym prosić o autograf? Mózgu, serio?
Wyciągnęłam z kieszonki mały notesik, w którym zazwyczaj zapisywałam najtrudniejsze do zapamiętania rzeczy jak pracę domową, czy numery telefonów i otworzyłam na jednej z czystych stron. Na całe szczęście w mojej kieszonce znalazł się również malutki długopis, dzięki któremu nie nudziłam się w samolocie.
Cierpliwie czekałam, aż nabazgrzą w notesiku swoje autografy. Gdy w końcu oddali mi długopis i notes rzuciłam przelotne spojrzenie na ich podpisy i.. numery telefonów.
Mam do nich dzwonić? I co jeszcze?
-Dziękuję.
-Nie widzieliśmy cię tu wcześniej - zagadał Ashley.
-Um.. tak, jestem tu pierwszy dzień - odpowiedziałam bez zastanowienia, bo przecież i tak ich już więcej nie spotkam, prawa? Co mi szkodzi?
-To wszystko wyjaśnia - basista obdarzył mnie figlarnym uśmiechem. To takie żenujące! - Nie przegapiłbym w końcu tak ślicznej dziewczyny.
Nie, nie, Ash wcale nie jest podrywaczem. Nie leci na wszystko co ma cycki.
Dobra, to prawda, ja nie mam cycków.
-Ashley, nie neguj dziewczyny - szturchnął go w ramie Andrew - Jak się nazywasz?
Czuję się jak na pieprzonym przesłuchaniu. To, że mam sentyment do ich zespołu nie znaczy wcale, że będę odpowiadać na każde ich beznadziejne pytanie. Co ja jestem, na policji?
-Anna.
Nie, Ann, wcale nie musisz im odpowiadać na każde banalne pytanie. Ale jesteś pieprzoną grzeczną dziewczynką, córeczką psychologa i czujesz się w obowiązku być kulturalna wobec innych. Jesteś żałosna dziewczyno. Weź się w garść, przestań opieprzać się w myślach i zacznij działać!
-Anna.. ładnie - stwierdził blondyn - Jesteś Ukrainką?
Chinką, kurwa jego mać.
-Nie. Jestem Polką - odpowiedziałam przenosząc ciężar ciała na druga nogę i starając dać się im jasny znak, że rozmowa z nimi schodzi na zbyt osobiste tory.
Zaraz zaczną się pytać o rozmiar stanika, albo o kolor majtek.
-Dlatego jest taka śliczna - wymruczał pod nosem Ash.
Aha. A-ha.
Zdenerwowana przeszłam brukowana alejką kilkanaście metrów, po czym zatrzymałam się i z ulgą stwierdziłam, że tuż za rogiem czeka na mnie ogromy plac zieleni, wypełniony po brzegi drzewami. Szybkim krokiem pokonałam dzieląca mnie od niego odległość i zwolniłam. Obmacałam wszystkie kieszenie spodni, w końcu natrafiając na telefon i słuchawki. Włączyłam jeden z moich ulubionych utworów, szukając wzrokiem małej, różowej kawiarenki, która według Rain miała się znajdować kilka kroków od parku.
Zamiast tego mój wzrok skupił się na dwóch postaciach idących naprzeciwko mnie. Byli to dwaj mężczyźni, ubrani na czarno. Potrzebowałam zaledwie kilku sekund, aby rozpoznać znane mi z wielu fotografii twarze.
Nie, to nie była rosyjska mafia.
Bez zastanowienia podeszłam do nich i wypaliłam prosto z mostu:
-Cześć. Mogłabym prosić o autograf?
Obaj odwrócili się do mnie i zmierzyli spojrzeniem, jakbym była tanią dziwką, która chce im zrobić laskę.
-Jasne - wyszczerzył się do mnie Andrew Biersack, na co odpowiedziałam nieśmiałym uśmiechem.
Cześć. Mogłabym prosić o autograf? Mózgu, serio?
Wyciągnęłam z kieszonki mały notesik, w którym zazwyczaj zapisywałam najtrudniejsze do zapamiętania rzeczy jak pracę domową, czy numery telefonów i otworzyłam na jednej z czystych stron. Na całe szczęście w mojej kieszonce znalazł się również malutki długopis, dzięki któremu nie nudziłam się w samolocie.
Cierpliwie czekałam, aż nabazgrzą w notesiku swoje autografy. Gdy w końcu oddali mi długopis i notes rzuciłam przelotne spojrzenie na ich podpisy i.. numery telefonów.
Mam do nich dzwonić? I co jeszcze?
-Dziękuję.
-Nie widzieliśmy cię tu wcześniej - zagadał Ashley.
-Um.. tak, jestem tu pierwszy dzień - odpowiedziałam bez zastanowienia, bo przecież i tak ich już więcej nie spotkam, prawa? Co mi szkodzi?
-To wszystko wyjaśnia - basista obdarzył mnie figlarnym uśmiechem. To takie żenujące! - Nie przegapiłbym w końcu tak ślicznej dziewczyny.
Nie, nie, Ash wcale nie jest podrywaczem. Nie leci na wszystko co ma cycki.
Dobra, to prawda, ja nie mam cycków.
-Ashley, nie neguj dziewczyny - szturchnął go w ramie Andrew - Jak się nazywasz?
Czuję się jak na pieprzonym przesłuchaniu. To, że mam sentyment do ich zespołu nie znaczy wcale, że będę odpowiadać na każde ich beznadziejne pytanie. Co ja jestem, na policji?
-Anna.
Nie, Ann, wcale nie musisz im odpowiadać na każde banalne pytanie. Ale jesteś pieprzoną grzeczną dziewczynką, córeczką psychologa i czujesz się w obowiązku być kulturalna wobec innych. Jesteś żałosna dziewczyno. Weź się w garść, przestań opieprzać się w myślach i zacznij działać!
-Anna.. ładnie - stwierdził blondyn - Jesteś Ukrainką?
Chinką, kurwa jego mać.
-Nie. Jestem Polką - odpowiedziałam przenosząc ciężar ciała na druga nogę i starając dać się im jasny znak, że rozmowa z nimi schodzi na zbyt osobiste tory.
Zaraz zaczną się pytać o rozmiar stanika, albo o kolor majtek.
-Dlatego jest taka śliczna - wymruczał pod nosem Ash.
Aha. A-ha.
Andy spojrzał na niego z politowaniem a później rzucił mi przepraszające spojrzenie. Zauważyłam, że jego wzrok powędrował na moją koszulkę, która, cóż, biorąc pod uwagę fakt, że dostałam ją od moich znajomych na pożegnanie, była bardzo ciekawie przyozdobiona w naszyte serduszka, kwiatki i hasła wyzwalające w starszych paniach chęć zdarcia ze mnie ubrań, jakkolwiek to brzmi.
Zrobiłam krok w bok, postanawiając zakończyć rozmowę z nimi. Jednak, nie byłabym sobą, gdybym po prostu sobie poszła. Wręcz musiałam się odezwać.
-Miło było mi was poznać, chłopaki. I dzięki za autografy.
-Nie ma za co. Może się jeszcze kiedyś spotkamy - puścił mi oczko Biersack.
Wątpię.
Uśmiechnęłam się nieszczerze i odmaszerowałam w swoja stronę. Gdy oddaliłam się od nich o jakieś dwadzieścia kroków, usłyszałam niewyraźny komentarz Purdy'ego:
Zrobiłam krok w bok, postanawiając zakończyć rozmowę z nimi. Jednak, nie byłabym sobą, gdybym po prostu sobie poszła. Wręcz musiałam się odezwać.
-Miło było mi was poznać, chłopaki. I dzięki za autografy.
-Nie ma za co. Może się jeszcze kiedyś spotkamy - puścił mi oczko Biersack.
Wątpię.
Uśmiechnęłam się nieszczerze i odmaszerowałam w swoja stronę. Gdy oddaliłam się od nich o jakieś dwadzieścia kroków, usłyszałam niewyraźny komentarz Purdy'ego:
-Trochę młoda, ale dupę ma niezłą.
Bardzo miły i wrażliwy facet, doprawdy.
U Carolyn znalazłam się dwadzieścia minut później. Mieszkała w całkiem pokaźnym bloku na obrzeżach Hollywood, jakieś dwie mile ode mnie. Odszukałam na domofonie nazwisko kuzynki i naciskałam przycisk tak długo, aż przez głośnik nie usłyszałam bardzo głośnego:
-Czego, kurwa jego mać?!
Tak, moja kuzynka jest bardzo kulturalna. Podejrzewam, że tą "przesadną kulturę" nabyła w swojej pracy, jako barmanka w jednym z nocnych klubów. Bo tancerką być nie może, jest stanowczo za brzydka. I zbyt leniwa, żeby wyrobić sobie fajny tyłek.
-Komornik, proszę otworzyć - rozkazałam męskim, szorstkim głosem, który udało mi się wyrobić podczas jednego ze szkolnych przedstawień.
-Annie!!!
Okej, jej krzyk pewnie słyszało caluteńkie osiedle.
-Nie Annie, tylko komornik - zaśmiałam się.
Dosłownie kilka sekund później Caro tuliła mnie w swoich ramionach z siłą przynajmniej dwudziestu facetów. Dupę ma płaską, ale ramiona...
-Tęskniłam za tobą, wiesz? - mruknęła w moje ramie.
Carolyn ma 24 lata, wygląd szesnastolatki a wzrost.. krasnoludka. Mogę bez wahania stwierdzić, że się nie czesze, chociaż jej włosy są o wiele ładniejsze od moich. Długie, blond fale zgrabnie opadające na jej szczupluteńkie plecy.
-No popatrz, a ja za tobą wcale - przytuliłam ją do siebie mocniej. - Za to Oli się stęsknił.
Rain podniosła głowę z mojego dekoltu i spojrzała na mnie, marszcząc brwi.
-Ten debil jeszcze mnie pamięta?
-Nie, Caro, zapomniał, chociaż gadałaś z nim wczoraj przez kamerkę jakieś dwie godziny - powiedziałam sarkastycznie, zastanawiając się, czy tępota kuzynki nie jest czasem wymuszona.
Carolyn wzruszyła jedynie ramionami i złapała za rękę, by pociągnąć do swojego mieszkania. Gdy stanęłyśmy przez drewnianymi drzwiami, olśniło mnie.
-Miałaś po mnie wyjść ty mała suczko!
Rain uśmiechnęła się przepraszająco i wpuściła mnie do mieszkania, które, o dziwo, zdążyła zamknąć.
-Nie zdejmuj butów - mruknęła na wejściu. - Jeśli myślałaś, że posprzątam specjalnie na twoje przyjście, grubo się myliłaś.
Zaśmiałam się i w glanach rozwiązanych do połowy pomaszerowałam za nią do kuchni, pełniącej jednocześnie rolę jadalni, i jak przypuszczam centrum wszystkich spotkań towarzyskich.
-Ładnie masz - stwierdziłam z uznaniem, rozglądając się.
Muszę przyznać, wnętrze urządzone było bardzo.. ładnie. I statycznie. Po Carolyn spodziewałam się głów małych dzieci ponabijanych na patyczki od szaszłyków, przyszpilonych do ściany aktorów porno ociekających krwią, lub, ewentualnie, kręgu narkomanów śpiewających ballady o ziemniakach.
A tu BANG!
Malutkie mieszkanie sprawiało wrażenie o wiele większego, niż w rzeczywistości, dzięki ścianie, która od polowy po sam sufit była przeszklona. Cienkie, białe zasłonki nie zatrzymywały światła, a rozpraszały je ładnie po calutkim salonie. Rzeczą, która najbardziej mi się w nim podobała, była pluszowa, wrzosowa kanapa i kilka puf pasujących do zestawu. Kolor ten ładnie współgrał z jasnoszarymi ścianami i meblami z jasnego drewna, najprawdopodobniej z lipy.
Kuchnia również przypadła mi do gustu. Te same, jasne meble w połączeniu z wrzosowymi kafelkami nad kuchenką i białymi ścianami tworzyły ciekawą całość.
-Nie myśl sobie, że ja wpadłam na pomysł tego wystroju - mruknęła Caro.
Och, jak mogłabym tak pomyśleć?
-Dozorcą tu jest jakaś kobieta po sześćdziesiątce. Wszystkie mieszkania wyglądają podobnie. I nie wolno nic zmieniać, rozumiesz? Sama najchętniej pomalowałabym tu ściany na biało, jedną z nich ewentualnie na czerwono.. Dodała wygodne, czarne fotele i kanapę, w razie gdyby nie chciało mi się iść do sypialni po pracy...
-Albo gdybyś rozbierała faceta tak szybko, że doszedłby już w przedpokoju - wymruczałam falując brwiami w zabawny sposób, po czym puściłam do niej oczko.
Rain zmierzyła mnie od góry do dołu, po czym swoje zabójcze spojrzenie przeniosła na moją twarz. Uśmiechnęła się głupkowato i próbując powstrzymać się od śmiechu wyszeptała:
-Lepiej uważaj, Evans, bo zaraz rozbiorę i ciebie.
Dopiero teraz przyjrzałam się dokładniej jej oczom. w jasnym świetle wyglądały.. ślicznie. Tęczówka przy samych krawędziach przybierała odcień butelkowej zieleni, która z nagła przechodziła w seledyn. Źrenicę za to otaczała piwna obwódka. Moja wujeczna siostra ma ładne oczy, a ja jestem w stanie to przyznać. Co się ze mną dzieje?
-Już dobrze, Rain. Tylko żartuję - powiedziałam ugodowo.
Caro roześmiała się i walnęła mnie lekko w ramię, by następnie wrócić do gorączkowego poszukiwania w szafce czegoś, co nie byłoby nadgryzione, przeterminowane, lub mięsne. W końcu ze zwycięską miną położyła na blacie opakowanie ciastek z karmelem, a następnie czekoladki z alkoholem.
Usiadłyśmy przy stole, popijając herbatę i co chwila podgryzając ciastka, które udało nam się zgrabnie połączyć z czekoladkami,
-A tak w ogóle, co u twoich rodziców? - spytała Carolyn.
-Mama słabo zniosła fakt, że też postanowiłam wyjechać już teraz. Dobrze, że Sue z nią została, bo chyba by sobie nie poradziła sama z babcią. Oprócz tego raczej wszystko okey. Ojciec jak to ojciec. Odkąd dowiedział się, że zdobył tą pracę, przestał całkowicie pić i jest całkiem znośny - wzruszyłam ramionami, po czym zapytałam: -A co u wujka i cioci?
Blondynka zawahała się i przygryzła wargę. Po chwili cichym, wypranym z emocji głosem powiedziała:
-Z matką nie rozmawiałam od dłuższego czasu. Z ojcem widziałam się dobry miesiąc temu. Nadal nie chcą mi wybaczyć tej pracy, chociaż sami kazali mi się usamodzielnić. Czego innego miałam się niby złapać bez studiów? Tak przynajmniej mam pewną pracę przez kilka lat i spore napiwki za chodzenie w krótkich spódniczkach i wydekoltowanych bluzkach. Z resztą mniejsza. Odkąd wzięli rozwód, czasami mogę z jednym z nich porozmawiać bez ciągłego krzyku. Za to ojciec nieźle się wpienił, bo teraz w praktycznie każdym mailu, aktualnym prawku, dowodzie i paszporcie ma wpisane jej nazwisko. Nie wiem, jaki facet zgadza się przyjąć nazwisko żony? - ostatnie zdanie wypowiedziała żartem, a ja poczułam się niezręcznie.
Przez chwilę między nami panowała cisza.
-Jak podoba ci się w Mieście Aniołów? - spytała po dłuższej chwili.
-Jeszcze mało widziałam, wiesz? Ale jak do tej pory najbardziej podoba mi się moja kanapa, te boiska do kosza i siatki obok parku i szkoła do której mam chodzić.
Rain zmarszczyła brwi.
-Już zdążyłaś polecieć do szkoły, kujonie?
Prychnęłam z udawaną złością.
-Widziałam ją w internecie, łajzo.
-Oczywiście. Z przyjemnością będę patrzyła, jak zaczniesz zapierdalać po ulicach w obciachowym mundurku.
-Gdybyś chodziła chociaż do liceum, wiedziałabyś, że mundurki są obowiązkowe tylko na ważnych apelach, czyli dwa, trzy razy do roku- odpyskowałam bez zastanowienia.
-I tak jestem mądrzejsza od ciebie, wiesz?
I tu mnie ta małpa ma.
-Nie mogę o tym wiedzieć, bo przecież nie jesteś ode mnie mądrzejsza. Więc jeśli wiedziałabym tylko takie bzdury, nie można by było uznać mnie za mądrą, bo moja wiedza byłaby oparta na kłamstwach.
Carolyn przyjęła wyraz twarzy debila i przekrzywiła głowę, analizując moje słowa.
-Ja pierdolę, Evans, od kiedy ty potrafisz na wszystko odpyskować z sensem?
Wzruszyłam ramionami i posłałam jej buziaka, od którego w zabawny sposób próbowała się odpędzić.
Brakowało mi jej przez te pięć lat. Bardzo.
Przegadałyśmy chyba kilka godzin. Nie zorientowałam się nawet, kiedy zrobiło się ciemno. Gdy w końcu, po pięciu minutach gapienia się w okno zrozumiałam, że zapadł zmrok, zerwałam się z krzesła tak szybko, jakby parzyło mnie w tyłek.
-Carolyn, muszę lecieć. Ojciec skróci mnie o głowę, za włóczenie się w nocy w mieście, w którym jestem pierwszy dzień.
Rain wstała i przytuliła mnie.
-Przynajmniej wtedy będziemy równego wzrostu. No, prawie - mruknęła.
Uśmiechnęłam się lekko, a Caro zrobiła nadąsaną minę.
-Twój niski wzrost czasami jest całkiem przydatny.
-Niby w czym? - uniosła swoją ciemną, idealnie wyregulowaną brew.
-Nie musisz klękać do robienia laski.
-Evans!!!
Zaśmiałam się i czym prędzej naciągnęłam sweter, którym do tej pory byłam przewiązana w pasie. Ucałowałam nerwusa w policzek i otworzyłam drzwi, mówiąc przy tym:
-Dobranoc, kruszynko.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Może już zauważyliście, że będą "małe" zmiany, co do mentalności bohaterów. W każdym razie, w nocy zaplanowałam wszystko aż do.. 16 rozdziału i powiem Wam, że zaskoczyłam samą siebie.
Love story to przeszłość.
-Czego, kurwa jego mać?!
Tak, moja kuzynka jest bardzo kulturalna. Podejrzewam, że tą "przesadną kulturę" nabyła w swojej pracy, jako barmanka w jednym z nocnych klubów. Bo tancerką być nie może, jest stanowczo za brzydka. I zbyt leniwa, żeby wyrobić sobie fajny tyłek.
-Komornik, proszę otworzyć - rozkazałam męskim, szorstkim głosem, który udało mi się wyrobić podczas jednego ze szkolnych przedstawień.
-Annie!!!
Okej, jej krzyk pewnie słyszało caluteńkie osiedle.
-Nie Annie, tylko komornik - zaśmiałam się.
Dosłownie kilka sekund później Caro tuliła mnie w swoich ramionach z siłą przynajmniej dwudziestu facetów. Dupę ma płaską, ale ramiona...
-Tęskniłam za tobą, wiesz? - mruknęła w moje ramie.
Carolyn ma 24 lata, wygląd szesnastolatki a wzrost.. krasnoludka. Mogę bez wahania stwierdzić, że się nie czesze, chociaż jej włosy są o wiele ładniejsze od moich. Długie, blond fale zgrabnie opadające na jej szczupluteńkie plecy.
-No popatrz, a ja za tobą wcale - przytuliłam ją do siebie mocniej. - Za to Oli się stęsknił.
Rain podniosła głowę z mojego dekoltu i spojrzała na mnie, marszcząc brwi.
-Ten debil jeszcze mnie pamięta?
-Nie, Caro, zapomniał, chociaż gadałaś z nim wczoraj przez kamerkę jakieś dwie godziny - powiedziałam sarkastycznie, zastanawiając się, czy tępota kuzynki nie jest czasem wymuszona.
Carolyn wzruszyła jedynie ramionami i złapała za rękę, by pociągnąć do swojego mieszkania. Gdy stanęłyśmy przez drewnianymi drzwiami, olśniło mnie.
-Miałaś po mnie wyjść ty mała suczko!
Rain uśmiechnęła się przepraszająco i wpuściła mnie do mieszkania, które, o dziwo, zdążyła zamknąć.
-Nie zdejmuj butów - mruknęła na wejściu. - Jeśli myślałaś, że posprzątam specjalnie na twoje przyjście, grubo się myliłaś.
Zaśmiałam się i w glanach rozwiązanych do połowy pomaszerowałam za nią do kuchni, pełniącej jednocześnie rolę jadalni, i jak przypuszczam centrum wszystkich spotkań towarzyskich.
-Ładnie masz - stwierdziłam z uznaniem, rozglądając się.
Muszę przyznać, wnętrze urządzone było bardzo.. ładnie. I statycznie. Po Carolyn spodziewałam się głów małych dzieci ponabijanych na patyczki od szaszłyków, przyszpilonych do ściany aktorów porno ociekających krwią, lub, ewentualnie, kręgu narkomanów śpiewających ballady o ziemniakach.
A tu BANG!
Malutkie mieszkanie sprawiało wrażenie o wiele większego, niż w rzeczywistości, dzięki ścianie, która od polowy po sam sufit była przeszklona. Cienkie, białe zasłonki nie zatrzymywały światła, a rozpraszały je ładnie po calutkim salonie. Rzeczą, która najbardziej mi się w nim podobała, była pluszowa, wrzosowa kanapa i kilka puf pasujących do zestawu. Kolor ten ładnie współgrał z jasnoszarymi ścianami i meblami z jasnego drewna, najprawdopodobniej z lipy.
Kuchnia również przypadła mi do gustu. Te same, jasne meble w połączeniu z wrzosowymi kafelkami nad kuchenką i białymi ścianami tworzyły ciekawą całość.
-Nie myśl sobie, że ja wpadłam na pomysł tego wystroju - mruknęła Caro.
Och, jak mogłabym tak pomyśleć?
-Dozorcą tu jest jakaś kobieta po sześćdziesiątce. Wszystkie mieszkania wyglądają podobnie. I nie wolno nic zmieniać, rozumiesz? Sama najchętniej pomalowałabym tu ściany na biało, jedną z nich ewentualnie na czerwono.. Dodała wygodne, czarne fotele i kanapę, w razie gdyby nie chciało mi się iść do sypialni po pracy...
-Albo gdybyś rozbierała faceta tak szybko, że doszedłby już w przedpokoju - wymruczałam falując brwiami w zabawny sposób, po czym puściłam do niej oczko.
Rain zmierzyła mnie od góry do dołu, po czym swoje zabójcze spojrzenie przeniosła na moją twarz. Uśmiechnęła się głupkowato i próbując powstrzymać się od śmiechu wyszeptała:
-Lepiej uważaj, Evans, bo zaraz rozbiorę i ciebie.
Dopiero teraz przyjrzałam się dokładniej jej oczom. w jasnym świetle wyglądały.. ślicznie. Tęczówka przy samych krawędziach przybierała odcień butelkowej zieleni, która z nagła przechodziła w seledyn. Źrenicę za to otaczała piwna obwódka. Moja wujeczna siostra ma ładne oczy, a ja jestem w stanie to przyznać. Co się ze mną dzieje?
-Już dobrze, Rain. Tylko żartuję - powiedziałam ugodowo.
Caro roześmiała się i walnęła mnie lekko w ramię, by następnie wrócić do gorączkowego poszukiwania w szafce czegoś, co nie byłoby nadgryzione, przeterminowane, lub mięsne. W końcu ze zwycięską miną położyła na blacie opakowanie ciastek z karmelem, a następnie czekoladki z alkoholem.
Usiadłyśmy przy stole, popijając herbatę i co chwila podgryzając ciastka, które udało nam się zgrabnie połączyć z czekoladkami,
-A tak w ogóle, co u twoich rodziców? - spytała Carolyn.
-Mama słabo zniosła fakt, że też postanowiłam wyjechać już teraz. Dobrze, że Sue z nią została, bo chyba by sobie nie poradziła sama z babcią. Oprócz tego raczej wszystko okey. Ojciec jak to ojciec. Odkąd dowiedział się, że zdobył tą pracę, przestał całkowicie pić i jest całkiem znośny - wzruszyłam ramionami, po czym zapytałam: -A co u wujka i cioci?
Blondynka zawahała się i przygryzła wargę. Po chwili cichym, wypranym z emocji głosem powiedziała:
-Z matką nie rozmawiałam od dłuższego czasu. Z ojcem widziałam się dobry miesiąc temu. Nadal nie chcą mi wybaczyć tej pracy, chociaż sami kazali mi się usamodzielnić. Czego innego miałam się niby złapać bez studiów? Tak przynajmniej mam pewną pracę przez kilka lat i spore napiwki za chodzenie w krótkich spódniczkach i wydekoltowanych bluzkach. Z resztą mniejsza. Odkąd wzięli rozwód, czasami mogę z jednym z nich porozmawiać bez ciągłego krzyku. Za to ojciec nieźle się wpienił, bo teraz w praktycznie każdym mailu, aktualnym prawku, dowodzie i paszporcie ma wpisane jej nazwisko. Nie wiem, jaki facet zgadza się przyjąć nazwisko żony? - ostatnie zdanie wypowiedziała żartem, a ja poczułam się niezręcznie.
Przez chwilę między nami panowała cisza.
-Jak podoba ci się w Mieście Aniołów? - spytała po dłuższej chwili.
-Jeszcze mało widziałam, wiesz? Ale jak do tej pory najbardziej podoba mi się moja kanapa, te boiska do kosza i siatki obok parku i szkoła do której mam chodzić.
Rain zmarszczyła brwi.
-Już zdążyłaś polecieć do szkoły, kujonie?
Prychnęłam z udawaną złością.
-Widziałam ją w internecie, łajzo.
-Oczywiście. Z przyjemnością będę patrzyła, jak zaczniesz zapierdalać po ulicach w obciachowym mundurku.
-Gdybyś chodziła chociaż do liceum, wiedziałabyś, że mundurki są obowiązkowe tylko na ważnych apelach, czyli dwa, trzy razy do roku- odpyskowałam bez zastanowienia.
-I tak jestem mądrzejsza od ciebie, wiesz?
I tu mnie ta małpa ma.
-Nie mogę o tym wiedzieć, bo przecież nie jesteś ode mnie mądrzejsza. Więc jeśli wiedziałabym tylko takie bzdury, nie można by było uznać mnie za mądrą, bo moja wiedza byłaby oparta na kłamstwach.
Carolyn przyjęła wyraz twarzy debila i przekrzywiła głowę, analizując moje słowa.
-Ja pierdolę, Evans, od kiedy ty potrafisz na wszystko odpyskować z sensem?
Wzruszyłam ramionami i posłałam jej buziaka, od którego w zabawny sposób próbowała się odpędzić.
Brakowało mi jej przez te pięć lat. Bardzo.
Przegadałyśmy chyba kilka godzin. Nie zorientowałam się nawet, kiedy zrobiło się ciemno. Gdy w końcu, po pięciu minutach gapienia się w okno zrozumiałam, że zapadł zmrok, zerwałam się z krzesła tak szybko, jakby parzyło mnie w tyłek.
-Carolyn, muszę lecieć. Ojciec skróci mnie o głowę, za włóczenie się w nocy w mieście, w którym jestem pierwszy dzień.
Rain wstała i przytuliła mnie.
-Przynajmniej wtedy będziemy równego wzrostu. No, prawie - mruknęła.
Uśmiechnęłam się lekko, a Caro zrobiła nadąsaną minę.
-Twój niski wzrost czasami jest całkiem przydatny.
-Niby w czym? - uniosła swoją ciemną, idealnie wyregulowaną brew.
-Nie musisz klękać do robienia laski.
-Evans!!!
Zaśmiałam się i czym prędzej naciągnęłam sweter, którym do tej pory byłam przewiązana w pasie. Ucałowałam nerwusa w policzek i otworzyłam drzwi, mówiąc przy tym:
-Dobranoc, kruszynko.
--------------------------------------------------------------------------------------------
Może już zauważyliście, że będą "małe" zmiany, co do mentalności bohaterów. W każdym razie, w nocy zaplanowałam wszystko aż do.. 16 rozdziału i powiem Wam, że zaskoczyłam samą siebie.
Love story to przeszłość.
niedziela, 28 grudnia 2014
Rozdział 1
Poczułam się jak wielkolud, stojąc w progu swojego pokoju. Wróć. To już przestał być mój pokój.
Odkąd miesiąc temu dowiedziałam się, że wyjeżdżamy, starałam się psychicznie przygotować na tą chwilę. Niestety, wszystkie stracone na to dni na nic się nie zdały. W mojej głowie co sekundę przewijały się wspomnienia z ostatnich kilku lat. Pierwszy, dosyć nieudolny pocałunek... z przyjaciółką, w ramach zakładu z kolegami z gimnazjum. Nieprzespane noce na dywanie razem z psem chorym na nowotwór.. Godziny nauki i ucieczki przez okno.
Nic więcej już się nie powtórzy. To koniec. Definitywny.
Wyjeżdżam do Los Angeles. Mój ojciec, Harry, psycholog od siedmiu boleści dostał tam ofertę pracy "nie do odrzucenia". Ta. Gówno prawda.
Wyjeżdżamy z Polski z jednego, oczywistego powodu. Tutaj nie ma zapotrzebowania na psychologów. Chory kraj zdrowych ludzi, ot co.
Fakt, że mój ojciec jest Anglikiem wcale nie działa na naszą korzyść. Ludzie nie chcą mu zaufać, bo nie ma toku myślenia Polaka. Jest zbyt otwarty na wszystko. Podobno. Ja twierdzę zupełnie inaczej.
-Annie! Chodź już, niedługo mamy samolot!- krzyknął Oliver, mój brat.
Żeby tylko.
Tak naprawdę wątpię, że Oli jest moim bratem. Już prędzej ufoludkiem. Różnimy się od siebie w każdym calu, jednak rozumiemy i wspieramy jak żadne inne.. rodzeństwo? Załóżmy, że jesteśmy tym rodzeństwem.
Oliver... Jest przystojny, to muszę mu przyznać. Z całej naszej trójki, bo mam jeszcze siostrę Sue, której nie uznaję i się do niej nie przyznaję, odkąd z pełną premedytacją i chęcią zdenerwowania mnie na moich oczach dorysowała na moich ulubionych plakatach wąsy, a na tych, na których owych wąsów nie dało narysować napisała "kocham Justina Biebera!!!" Dzięki Bogu, że ta blond wiedźma nie jedzie z nami!
Wracając do Olivera... Owszem, urodę ma, ale cała inteligencja przelała się na mnie. Mimo tego i tak wszystkie laski lecą właśnie na niego.
-Annie!
-Idę, idę!
Westchnęłam cicho i omiotłam wzrokiem granatowe ściany oraz drewniane meble. Będzie mi tego brakowało.
Złapałam sportową torbę, która ważyła pewnie dwa razy więcej niż ja i przewiesiłam ją przez ramię. Uregulowałam pasek tak, aby torba wpasowała się w moje, co tu kryć, pokaźne wcięcie w talii i zeszłam na dół po ciemnych, drewnianych schodach.
-Ileż można czekać, co?- upomniał mnie Harry i przeczesał palcami swoją blond czuprynę.
-Mogłam dłużej- wzruszyłam ramionami i podeszłam do Renaty, młodej... kiedyś młodej matki. -Będę tęskniła mamo.
Wspomniałam już, że moja matka też nie jedzie? Nie? No więc ona i Sue zostają tutaj. Mają zająć się chorą babcią. Wyjeżdżamy tylko ja, Oliver i ojciec. Dlaczego? To bardzo proste.
Oliver, jako "niezależny młody mężczyzna" rzucił studia. W Ameryce podobno dostanie się na o wiele lepsze. Ja za rok kończę liceum i również zamierzam studiować w Ameryce. Angielski znam perfekcyjnie, bo był jednym z dwóch uniwersalnych języków w domu.
-Będę tęsknić mała.
Matka przytuliła mnie mocno i ucałowała w policzek, na co uśmiechnęłam się. Pożegnanie z Sue nie było już tak wylewne. Powiedziałyśmy sobie krótkie "cześć". I tyle.
Siedziałam na lotnisku, obrażona na cały świat. Zostawili mnie samą, a sami poszli.. cholera wie gdzie. Tak więc rozplątałam czarne słuchawki i włożyłam je do uszu, ustawiając na pełną głośność I Love Rock N Roll, jedną z moich ulubionych piosenek. Rozejrzałam się jeszcze raz za tymi dwoma kretynami, ale zapadli się pod ziemię.
Dobrze, więcej żarcia samolotowego dla mnie.
Nagle.. ktoś zakrył mi oczy.
Gwałciciel? Pedofil? Sadysta? A może Oliver? Nie wiem, co gorsze.
-Nie pożegnałaś się ze mną młoda. Ładnie to tak?
Na dźwięk głosu przyjaciela mojego brata i jednocześnie mojego dobrego kumpla, zerwałam się z krzesła i rzuciłam mu na szyję.
-Maciek, pedale!- mruknęłam uwieszona na nim niczym leniwiec na gałęzi.
Ej, dobre porównanie! w końcu jestem leniem, a ten debil jest chudy jak patyk!
Chłopak objął mnie mocno, nie pozwalając spaść z wysokości.. może dziesięciu centymetrów.
-To że nie będziemy się widzieć przez miesiąc nie oznacza, że możesz sobie wyjechać bez słowa- zaśmiał się i postawił mnie na ziemi.
Ubrany był w czarny sweter z dekoltem w serek i powycierane jeansy. Na nogach miał znoszone trampki, w których zazwyczaj graliśmy w kosza i siatkę. Włosy jak zwykle ułożone były w "artystyczny rozpierdol", jak to pięknie ujmował.
Maciek był w wieku Olivera. Znali się od podstawówki. Często żartobliwie nazywałam ich gejami, bo wszędzie chodzili razem, nawet do kibla.
-Czekaj, jak to, miesiąc?- uniosłam jedną brew i spojrzałam na niego.. z dołu, jakkolwiek to brzmi.
-Oliver ci nie mówił?- pokręciłam głową - Jadę do LA na roczną wymianę.
Byłam ucieszona jak malutkie dziecko. Chciało mi się, skakać, piszczeć, śmiać się.. Zamiast tego rzuciłam się mu za szyję (znowu) i mocno przytuliłam (znowu).
-Chyba się cieszysz- zaśmiał się.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.
Moje nogi znów zwisały w powietrzu, a ja wesoło nimi machałam, starając się omijać nogi Maćka, żeby nie uszkodzić ich glanem.
-Będzie mi ciebie brakowało, skrzacie- wyplątał się z mojego żelaznego uścisku i pogłaskał po policzku. Jak na faceta miał bardzie delikatne dłonie.
-W końcu od ciebie odpocznę matole - uśmiechnęłam się z ulgą i przestąpiłam z nogi na nogę.
Maciek pokręcił nosem i wytargał mnie za policzki, jak to zwykła robić moja babcia. To był (na moje nieszczęście) też i jego zwyczaj.
-Jeszcze będziesz za mną tęskniła.
-Nie mam powodów.
-Nie masz?
Uniosłam jedną brew i przyjrzałam mu badawczo. Coś zmieniło się w jego postawie. Był jakby.. zdenerwowany.. zasmucony? Cholera go wie.
W końcu uśmiechnęłam się i spojrzałam na niego ciepło. Ujęłam jego twarz w dłonie i przyciągnęłam do siebie tak, że nasze twarze dzieliły centymetry.
-Więc na co czekasz? Pocałuj mnie w końcu.
Mój mózg chyba źle rozumie pojęcie wakacji. To przerwa od nauki, nie od myślenia.
Szkoda tylko, że wpadłam na to w momencie, gdy nasze usta były połączone w czymś na kształt orgii. W sumie, nie wiem, jak to określić. Maciek całował lepiej, o wiele lepiej niż.. niż wszyscy inni. Brał mnie ustami. Dosłownie. Byłam gotowa oddać mu się w każdej chwili. Wplotłam palce w jego włosy i lekko pociągnęłam. Zamruczał.
Oderwaliśmy się od siebie po kilkudziesięciu sekundach.
-Muszę przyznać, Ann, nie jesteś taka okropna jak myślałem.
Lot samolotem, to najgorsze co mnie do tej pory spotkało. Środkowe miejsce w środkowym rzędzie, pomiędzy staruszką rozwiązującą krzyżówkę a facetem z większymi cyckami niż ja, który po dwóch godzinach zasnął na moim biednym ramieniu i oślinił je..
Odkąd miesiąc temu dowiedziałam się, że wyjeżdżamy, starałam się psychicznie przygotować na tą chwilę. Niestety, wszystkie stracone na to dni na nic się nie zdały. W mojej głowie co sekundę przewijały się wspomnienia z ostatnich kilku lat. Pierwszy, dosyć nieudolny pocałunek... z przyjaciółką, w ramach zakładu z kolegami z gimnazjum. Nieprzespane noce na dywanie razem z psem chorym na nowotwór.. Godziny nauki i ucieczki przez okno.
Nic więcej już się nie powtórzy. To koniec. Definitywny.
Wyjeżdżam do Los Angeles. Mój ojciec, Harry, psycholog od siedmiu boleści dostał tam ofertę pracy "nie do odrzucenia". Ta. Gówno prawda.
Wyjeżdżamy z Polski z jednego, oczywistego powodu. Tutaj nie ma zapotrzebowania na psychologów. Chory kraj zdrowych ludzi, ot co.
Fakt, że mój ojciec jest Anglikiem wcale nie działa na naszą korzyść. Ludzie nie chcą mu zaufać, bo nie ma toku myślenia Polaka. Jest zbyt otwarty na wszystko. Podobno. Ja twierdzę zupełnie inaczej.
-Annie! Chodź już, niedługo mamy samolot!- krzyknął Oliver, mój brat.
Żeby tylko.
Tak naprawdę wątpię, że Oli jest moim bratem. Już prędzej ufoludkiem. Różnimy się od siebie w każdym calu, jednak rozumiemy i wspieramy jak żadne inne.. rodzeństwo? Załóżmy, że jesteśmy tym rodzeństwem.
Oliver... Jest przystojny, to muszę mu przyznać. Z całej naszej trójki, bo mam jeszcze siostrę Sue, której nie uznaję i się do niej nie przyznaję, odkąd z pełną premedytacją i chęcią zdenerwowania mnie na moich oczach dorysowała na moich ulubionych plakatach wąsy, a na tych, na których owych wąsów nie dało narysować napisała "kocham Justina Biebera!!!" Dzięki Bogu, że ta blond wiedźma nie jedzie z nami!
Wracając do Olivera... Owszem, urodę ma, ale cała inteligencja przelała się na mnie. Mimo tego i tak wszystkie laski lecą właśnie na niego.
-Annie!
-Idę, idę!
Westchnęłam cicho i omiotłam wzrokiem granatowe ściany oraz drewniane meble. Będzie mi tego brakowało.
Złapałam sportową torbę, która ważyła pewnie dwa razy więcej niż ja i przewiesiłam ją przez ramię. Uregulowałam pasek tak, aby torba wpasowała się w moje, co tu kryć, pokaźne wcięcie w talii i zeszłam na dół po ciemnych, drewnianych schodach.
-Ileż można czekać, co?- upomniał mnie Harry i przeczesał palcami swoją blond czuprynę.
-Mogłam dłużej- wzruszyłam ramionami i podeszłam do Renaty, młodej... kiedyś młodej matki. -Będę tęskniła mamo.
Wspomniałam już, że moja matka też nie jedzie? Nie? No więc ona i Sue zostają tutaj. Mają zająć się chorą babcią. Wyjeżdżamy tylko ja, Oliver i ojciec. Dlaczego? To bardzo proste.
Oliver, jako "niezależny młody mężczyzna" rzucił studia. W Ameryce podobno dostanie się na o wiele lepsze. Ja za rok kończę liceum i również zamierzam studiować w Ameryce. Angielski znam perfekcyjnie, bo był jednym z dwóch uniwersalnych języków w domu.
-Będę tęsknić mała.
Matka przytuliła mnie mocno i ucałowała w policzek, na co uśmiechnęłam się. Pożegnanie z Sue nie było już tak wylewne. Powiedziałyśmy sobie krótkie "cześć". I tyle.
Siedziałam na lotnisku, obrażona na cały świat. Zostawili mnie samą, a sami poszli.. cholera wie gdzie. Tak więc rozplątałam czarne słuchawki i włożyłam je do uszu, ustawiając na pełną głośność I Love Rock N Roll, jedną z moich ulubionych piosenek. Rozejrzałam się jeszcze raz za tymi dwoma kretynami, ale zapadli się pod ziemię.
Dobrze, więcej żarcia samolotowego dla mnie.
Nagle.. ktoś zakrył mi oczy.
Gwałciciel? Pedofil? Sadysta? A może Oliver? Nie wiem, co gorsze.
-Nie pożegnałaś się ze mną młoda. Ładnie to tak?
Na dźwięk głosu przyjaciela mojego brata i jednocześnie mojego dobrego kumpla, zerwałam się z krzesła i rzuciłam mu na szyję.
-Maciek, pedale!- mruknęłam uwieszona na nim niczym leniwiec na gałęzi.
Ej, dobre porównanie! w końcu jestem leniem, a ten debil jest chudy jak patyk!
Chłopak objął mnie mocno, nie pozwalając spaść z wysokości.. może dziesięciu centymetrów.
-To że nie będziemy się widzieć przez miesiąc nie oznacza, że możesz sobie wyjechać bez słowa- zaśmiał się i postawił mnie na ziemi.
Ubrany był w czarny sweter z dekoltem w serek i powycierane jeansy. Na nogach miał znoszone trampki, w których zazwyczaj graliśmy w kosza i siatkę. Włosy jak zwykle ułożone były w "artystyczny rozpierdol", jak to pięknie ujmował.
Maciek był w wieku Olivera. Znali się od podstawówki. Często żartobliwie nazywałam ich gejami, bo wszędzie chodzili razem, nawet do kibla.
-Czekaj, jak to, miesiąc?- uniosłam jedną brew i spojrzałam na niego.. z dołu, jakkolwiek to brzmi.
-Oliver ci nie mówił?- pokręciłam głową - Jadę do LA na roczną wymianę.
Byłam ucieszona jak malutkie dziecko. Chciało mi się, skakać, piszczeć, śmiać się.. Zamiast tego rzuciłam się mu za szyję (znowu) i mocno przytuliłam (znowu).
-Chyba się cieszysz- zaśmiał się.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.
Moje nogi znów zwisały w powietrzu, a ja wesoło nimi machałam, starając się omijać nogi Maćka, żeby nie uszkodzić ich glanem.
-Będzie mi ciebie brakowało, skrzacie- wyplątał się z mojego żelaznego uścisku i pogłaskał po policzku. Jak na faceta miał bardzie delikatne dłonie.
-W końcu od ciebie odpocznę matole - uśmiechnęłam się z ulgą i przestąpiłam z nogi na nogę.
Maciek pokręcił nosem i wytargał mnie za policzki, jak to zwykła robić moja babcia. To był (na moje nieszczęście) też i jego zwyczaj.
-Jeszcze będziesz za mną tęskniła.
-Nie mam powodów.
-Nie masz?
Uniosłam jedną brew i przyjrzałam mu badawczo. Coś zmieniło się w jego postawie. Był jakby.. zdenerwowany.. zasmucony? Cholera go wie.
W końcu uśmiechnęłam się i spojrzałam na niego ciepło. Ujęłam jego twarz w dłonie i przyciągnęłam do siebie tak, że nasze twarze dzieliły centymetry.
-Więc na co czekasz? Pocałuj mnie w końcu.
Mój mózg chyba źle rozumie pojęcie wakacji. To przerwa od nauki, nie od myślenia.
Szkoda tylko, że wpadłam na to w momencie, gdy nasze usta były połączone w czymś na kształt orgii. W sumie, nie wiem, jak to określić. Maciek całował lepiej, o wiele lepiej niż.. niż wszyscy inni. Brał mnie ustami. Dosłownie. Byłam gotowa oddać mu się w każdej chwili. Wplotłam palce w jego włosy i lekko pociągnęłam. Zamruczał.
Oderwaliśmy się od siebie po kilkudziesięciu sekundach.
-Muszę przyznać, Ann, nie jesteś taka okropna jak myślałem.
Lot samolotem, to najgorsze co mnie do tej pory spotkało. Środkowe miejsce w środkowym rzędzie, pomiędzy staruszką rozwiązującą krzyżówkę a facetem z większymi cyckami niż ja, który po dwóch godzinach zasnął na moim biednym ramieniu i oślinił je..
Pani babcia mimo wszystko okazała się być bardzo miłą staruszką, która w Polsce miała jedynie przesiadkę. Przez dobre dwie godziny rozmawiałyśmy jak "równy z równym". Później babcia zasnęła, a ja zaczęłam czytać książki, które, mimo tego, że były całkowicie oklepane, zaciekawiły mnie. w przeciągu prawie dziewiętnastu godzin, które spędziłam w samolocie przeczytałam około... trzech obowiązkowych lektur..
Nie wiem co się ze mną dzieje, ale chyba staję się przykładną uczennicą.
W wakacje.
Gdyby ktokolwiek mi powiedział, że będę cieszyła się jak malutkie dziecko po wyjściu z samolotu, wyśmiałabym go. Teraz jednak niemalże sfrunęłam (ho, ho, jaka ja zabawna) na ziemię i w tempie ekspresowym znalazłam Harry'ego i Oliego.
-To jak? Jedziemy do domu?
Ojciec zmierzył mnie wzrokiem:
Ojciec zmierzył mnie wzrokiem:
-Myślałem, że spytasz kiedy mamy lot powrotny- zaśmiał się i poczochrał mi włosy.
Zawsze tak robił, gdy byłam malutka. To była nasz dawna.. pieszczota. Nigdy mi to nie przeszkadzało. Właściwie, nawet śmieszyło.
Po prawie godzinie znaleźliśmy się w końcu pod domkiem. Zmierzyłam wzrokiem kremowy dom z czterospadowym dachem. Nie wyglądał najgorzej, jednak to nie był typ budynku, w którym chciałabym mieszkać. Wolałam domy z tajemnicą. Stare, drewniane, przytulne..
Nie ceglaki.
Mimo wszystko z optymistycznym nastawieniem weszłam do środka. to, co tam zobaczyłam przerosło moje oczekiwania w znacznym stopniu.
Po wyjściu z ciemnego przedpokoju pełnego obrazów przedstawiających martwą naturę przeszłam do kremowo-białego salony, połączonego z kuchnią. W rogu znajdowała się brązowa, skórzana kanapa. I to nie taka prosto z salonu, z wymuskanym skajem. Nie, nie. Prawdziwa skórzana kanapa, zachęcająca do spania na niej i robienia wielu innych rzeczy.. Odwrócona była w stronę ceglanego kominka z półką z ciemnego drewna. Obok stał pasujący stół, za nim regał.
Wbiegłam na górę po schodkach, przeskakując od razu po dwa na raz i wparowałam do pierwszego lepszego pokoju. Zamurowało mnie. Balkon z przeszklonymi drzwiami, spore okno.. wszystko okalały bordowe ciężkie zasłony, dopasowane do koloru ścian. Na środku stało łóżko z drewnianymi wysokimi nóżkami, obok komoda i szafa. Na podłodze leżał czarny, przyjemny w dotyku dywan.
-Zajmuje ten!- wrzasnęłam ile sił w płucach, po czym rzuciłam torbę w kąt, modląc się, by nie pękła w szwach.
Zbiegłam na dół i trafiłam prosto w ramiona ojca.
-Tato, ja lecę do Carolyn. Wyjdzie po mnie, także się nie martw. Przeżyję- powiedziałam na jednym oddechu.
-Ale wróć w miarę...
Nie czekałam na dalszą wypowiedź Harry'ego. Wystrzeliłam z domu jak z procy i..
I to by było na tyle..
------------------------------------------------------------------------------------------------
Poprawiłam!!
Miłego czytania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)